Bolesny upadek piłkarskiego Ikara – historia Yoanna Gourcuffa

„Miał być Zidane, a wyszedł ci Gourcuff” rapował Kaz Bałagane w utworze „Fortaleza”. Yoann Gourcuff był najlepszym piłkarzem Ligue 1, tryumfatorem Ligi Mistrzów, uczestnikiem mundialu, a przede wszystkim niedoszłym następcą Zinedine’a Zidane’a w reprezentacji Francji. Wydawało się, że jest piłkarskim Midasem, który zamienia wszystko, czego się dotknie w złoto. Po kilku latach okazało się jednak, że z postaci mitologicznych znacznie bliżej było mu do Ikara…

Yoann Gourcuff urodził się 11 lipca 1986 roku w Ploemeur, niewielkiej miejscowości we wschodniej Francji. Jest synem Christiana Gourcuffa, byłego piłkarza i zawodowego trenera. To właśnie ojciec wprowadził do go świata sportu. Co ciekawe, pokazał on synowi nie tylko zieloną murawę, ale również… kort tenisowy. Yoann wybrał futbol, choć tenisistą był całkiem niezłym. W 1998 roku wystartował nawet w turnieju Super 12 Auray Open, którego zwycięzcą został młody Rafael Nadal.

Praktyka na korcie opłaciła się. W przełomowym momencie kariery każde podanie Yoanna wyglądało jak forehand Rogera Federera, a każdy strzał był mocny i dokładny niczym serwis Johna Isnera. Nie bez przyczyny Gourcuff bardzo szybko przebił się do pierwszej drużyny Rennes. Co prawda drużynę trenował wówczas jego ojciec, ale nikt nie mógł młodemu pomocnikowi zarzucić, że gra tylko za nazwisko. Nie był również wpychany do składu na siłę. Jego rozwój przebiegał stopniowo, w należytym tempie. W pierwszym sezonie w barwach „Les Rouges et Noirs” rozegrał zaledwie 9 ligowych spotkań. Rok później spotkań tych było już 21, a w sezonie 05/06 uzbierał aż 36 występów na boiskach Ligue 1. Ledwie otworzyło się okienko transferowe, a na stole leżały już oferty Ajaksu, czy Arsenalu, ale rywalizację o podpis „nowego Zidane’a” wygrał ostatecznie AC Milan.

W Mediolanie Francuz spędził dwa sezony. Dwa skrajnie różne sezony. Pierwszy był dla niego świetny, drugi natomiast zakończył się klapą. Średnia liczba minut, które spędził na boiskach Serie A, z roku na rok zmniejszyła się aż o połowę. Na osłodę została mu jedynie Liga Mistrzów, zdobyta w poprzednim sezonie w barwach Milanu. Niestety, z nią też wiąże się pewna nieprzyjemna historia. Gourcuff obejrzał finał z trybun, nie znalazł się nawet w 18 meczowej Rossonerich, choć wcześniej rozegrał w ich barwach 21 ligowych spotkań. Najlepszą opcją dla niego wydawało się wypożyczenie, najlepiej do Ligi, w której czuł się zdecydowanie najlepiej, czyli Ligue 1. Ostatecznie trafił do Bordeaux – klubu, dzięki któremu zyskał międzynarodową sławę.

ROK, KTÓRY ZMIENIŁ MOJE ŻYCIE

Sezon 08/09 w Ligue 1 może nam się kojarzyć z dwiema rzeczami. Po pierwsze, z 14 bramkami Ireneusza Jelenia dla Auxerre, a po drugie z niesamowitym Yoannem Gourcuffem, prowadzącym swoje Bordeaux do tytułu mistrzowskiego. 12 bramek i 11 asyst w jednym sezonie. Po takim wyczynie porównań do Zidane’a było już tylko więcej i więcej. Nie ma się czemu dziwić, Gourcuff naprawdę wyglądał jak legendarny Zizou. Co więcej, czasami mogło się wydawać, że w jakiś nadprzyrodzony sposób potrafił on przejmować jego umiejętności. Tak było między innymi w słynnym starciu z PSG, kiedy to Bordeaux rozgromiło Paryżan aż 4:0.

Gourcuff, raz, dwa, trzy… Gol! Wyjątkowy Yoann Gourcuff! Nowy Zidane! Cudo! Francuscy komentatorzy nie mogli w to uwierzyć. Yoann Gourcuff właśnie trzema magicznymi dotknięciami oszukał defensywę PSG, strzelając gola na 3:0 w meczu 20 kolejki francuskiej Ligue 1. W czasach gdy w Ligue 1 grają tacy magicy jak Mbappe, czy Neymar, trafienie to nadal jest uznawane za jedno z najładniejszych w historii rozgrywek.

RÓWNIA POCHYŁA

13,5 miliona euro zapłaciło Bordeaux za wykup Gourcuffa z Milanu. Drobne, patrząc przez pryzmat sezonu, który Francuz miał za sobą. Miano najlepszego piłkarza we Francji, 20 miejsce w plebiscycie „Złotej Piłki” i debiut w reprezentacji. Piłkarski Ikar jeszcze nigdy nie był aż tak blisko słońca. Niestety, z czasem już tylko tracił wysokość.

Transfer do Lyonu uczynił go najlepiej zarabiającym piłkarzem w Ligue 1. Wprost proporcjonalne do zarobków wzrosły jednak oczekiwania kibiców. Yoann nie spełnił ich nawet w najmniejszym stopniu. Tragiczny występ na mundialu (Francuzi nie wyszli z grupy, a Gourcuff został zapamiętany jedynie z dość wątpliwej czerwonej kartki przeciwko RPA), rozczarowująca forma w barwach Lyonu i rozpoczęcie niefortunnej serii kontuzji, która towarzyszłyła mu już do końca kariery. Jednym słowem, rok 2010 był najgorszy w karierze piłkarza. Przez następną dekadę był już tylko cieniem piłkarza, który doprowadził Bordeaux do mistrzostwa i stopniowo rozmieniał się na drobne w klubach takich jak Rennes, czy Dijon. Posypał się, ale źródła jego problemów należy szukać dużo wcześniej. W 2006 roku (tuż przed transfer do Milanu) otrzymał grzywnę w wysokości 2000 euro za pobicie mężczyzny pod klubem nocnym w niewielkiej miejscowości Hennebont. Już wtedy można było dostrzec pierwsze oznaki jego kruchej psychiki. A to tylko jedno z wielu dziwactw, których się dopuścił podczas trwania kariery.

7 GRZECHÓW GŁÓWNYCH – GENEZA UPADKU GOURCUFFA

1. SYNDROM ZIDANE’A

Porównania do Zidane’a towarzyszyły mu na każdym kroku. Gdy wybierał się do Włoch, wszyscy upatrywali w tym analogii do przenosin Zizou na Półwysep Apeniński. Gdy wracał do Bordeaux, każdy widział w nim nowego Zidane’a, który również napisał piękny rozdział w historii Żyrondystów. Sam Zidane często studził zapał kibiców oraz dziennikarzy. Nie raz powtarzał, że Gourcuff potrzebuje czasu i spokoju. Nawet gdy chwalił młodego pomocnika, zwracał uwagę, że to wcale nie jest takie proste. Łatkę łatwo bowiem przypiąć, a znacznie trudniej ją później odczepić. Szczególnie gdy została ona przypięta wspólnymi siłami przez większość kibiców we Francji.

2. KRUCHA PSYCHIKA

W reprezentacji trzymał się tylko z Hugo Llorisem, który podobnie jak on jest osobą dość cichą i wyważoną. Jego relacje z nieco bardziej śmiałymi kolegami z zespołu praktycznie nie istniały. Co więcej, selekcjoner reprezentacji Francji – Raymond Domenech twierdził, że gdy tylko Franck Ribery spoglądał w szatni na Gourcuffa, widział w jego oczach nienawiść.

3. PODATNOŚĆ NA KONTUZJE

Futbol zna wiele przypadków dziwnych kontuzji. David James doznał urazu pleców, sięgając po pilot do telewizora, a znany z serii brutalnych fauli Norweg Svein Grondalen musiał opuścić kilka spotkań ze względu na zderzenie z łosiem podczas porannej przebieżki. Najbardziej znanym jest oczywiście przypadek bramkarza reprezentacji Hiszpanii – Santiago Canizaresa, który ominął mundial w 2002 roku przez to, że upuścił butelkę wody po goleniu na stopę. Ich przypadki są jednak niczym przy urazach, jakich potrafił doznać Gourcuff podczas pobytu w Lyonie.

Urazy przychodziły do niego w najbardziej nieoczekiwanych momentach. Raz doznał kontuzji podczas zbijania piątek po zdobytej bramce, innym razem podczas spaceru z psem. Do najdziwniejszej sytuacji doszło jednak podczas spotkania z Niceą. Miał wejść na ostatnie 15 minut meczu, ale nawet to go przerosło. W pewnym momencie spotkania Francuz zderzył się ze swoim kolegą z zespołu tuż po oddaniu strzału na bramkę rywali. Z pozoru zwykła boiskowa sytuacja, nic nadzwyczajnego. Dla Yoanna był to jednak wystarczający powód, aby opuścić boisko bez zgody trenera. Skarżąc się na ból, zszedł z boiska i udał się do szatni. Ówczesny szkoleniowiec Lyonu – Hubert Fournier, nie mógł w to uwierzyć. Minęło kilka minut, zanim się otrząsnął i poprosił Mohameda Yattarę o wejście na boisko w miejsce rzekomo kontuzjowanego kolegi z zespołu.

4. LENISTWO

„Gourcuff był w błędzie. Jego największym problemem było pozaboiskowe zachowanie. Nie miał ochoty uczyć się włoskiego, prawie w ogóle się nie angażował. Dużo mniej utalentowani zawodnicy zapracowali sobie na szacunek grupy, a on stał się dla nas obcy i musiał opuścić Milan mimo swoich umiejętności” – tymi słowami Paolo Maldini opisał przygodę Gourcuffa z Calcio. Trafił w punkt, chociaż zarówno sam zainteresowany, jak i jego ojciec zaprzeczali słowom wypowiedzianym przez legendę Rossonerich. I tu przechodzimy do kolejnego punktu…

5. NADOPIEKUŃCZOŚĆ

Francuz nie potrafił przyjąć do siebie krytyki. Często tłumaczył go ojciec, a on sam nie widział nic złego w swoim zachowaniu. Co tu dużo mówić, był rozpieszczony. Z biegiem lat stało się to coraz bardziej uciążliwe. Szczególnie gdy dostał się do dorosłej reprezentacji Francji.

6. ODMIENNOŚĆ

Gourcuff nienawidził sławy. Gdy był proszony do pomeczowego wywiadu, rzadko kiedy patrzył dziennikarzom w oczy. Wodził wzrokiem, najczęściej kierując spojrzenia na obuwie reporterów. Jego agent powiedział kiedyś, że Yoann nie trawił otoczki związanej z futbolem. Był zakochany w kopaniu piłki, a nie podpisywaniu autografów.

7. KONFLIKTOWOŚĆ

Jedni mówili, że był pretensjonalny, drudzy nie lubili jego stylu bycia. Jeszcze inni uważali, że zbyt często zrzuca winę na kolegów z zespołu i wynosi do mediów informacje z szatni. Taką wizytówkę wystawił sobie Yoann przez dobrych kilka lat występów dla kadry narodowej. Mało kto go akceptował, a co dopiero lubił. Nic dziwnego, że z czasem między nim a resztą zespołu zaczęło dochodzić do coraz częstszych utarczek słownych. Fani trójkolorowych z pewnością pamiętają jego spór z Franckiem Riberym oraz Nicolasem Anelką. Yoann oskarżył ich o boiskową arogancję i celowe unikanie podań w jego stronę. Mało kto brał tego typu zarzuty na poważnie.

Mieliśmy go zapamiętać jako nowego Zidane’a, tymczasem w pamięci wielu fanów zostały jedynie jego dziwne wybryki. Życie piłkarza bywa przewrotne, czasami karierę można wygrać na boisku, by po chwili przegrać ją w głowie.

MACIEJ SZEŁĘGA

Mistrz Turcji jedną nogą w drugiej lidze. Klub wspierany przez prezydenta kraju może podzielić los Juventusu, Milanu, Manchesteru City, Herfolge i 1. FC Nurnberg.

Co łączy wyżej wymienione kluby? Oprócz podobieństw czysto piłkarskich, czy możliwości sportowych, przynajmniej w przypadku pierwszych trzech, jest jeszcze jedna ważna rzecz. Wszystkie mają w swej historii niechlubne osiągnięcie w postaci spadku do drugiej ligi, będąc aktualnym mistrzem kraju. W przypadku Milanu i Juventusu było to konsekwencją wybuchu afer korupcyjnych i skończyło się karną degradacją o klasę niżej. Herfolge i Nurnberg z kolei okazały się po prostu niewystarczająco silne, notując fatalny w skutkach regres formy sportowej. Do ich grona dołączyć może wkrótce aktualny mistrz Turcji – Istanbul Basaksehir FK. Piłkarze znad Bosforu znajdują się tuż nad strefą spadkową Tureckiej Superligi i do końca sezonu nie mogą być pewni swojej przyszłości.

POWRÓT DO KORZENI, SPRAWIEDLIWOŚĆ I ROZWÓJ W TLE

Instanbul Basaksehir to dosyć młody klub na piłkarskiej mapie Turcji. Pod obecną nazwą funkcjonuje oficjalnie od czwartego czerwca 2014 roku, powstał w wyniku restrukturyzacji właścicielskiej. Korzenie klubu sięgają 1990 roku. To wtedy, po fuzji trzech robotniczych klubów utworzony został przez ówczesnego burmistrza Stambułu Istanbul Buyuksehir Belediyespor. Wielosekcyjny klub finansowany z pieniędzy publicznych. W sezonie 92/93 IBB świętował pierwszy w historii awans na zaplecze Superligi. Dwa sezony później spadł do III ligi, by po roku znów awansować na drugi poziom rozgrywek. W sezonie 06/07 klub uzyskal historyczny awans do tureckiej Superligi.

W pierwszym sezonie Basaksehir zajął bezpieczne, 12. miejsce w tabeli. Swoje mecze klub rozgrywał wówczas na stadionie Ataturka w Stambule. W sezonie 10/11 Istanbul awansował do finału Pucharu Turcji, przegrywając jednak w rzutach karnych z lokalnym rywalem – Besiktasem. W regulaminowym czasie gry padł wynik 2-2. Wiosną 2014 roku klub zerwał wszelkie powiązania z miastem, co łączyło się z daleko idącymi zmianami, jak restrukturyzacja czy przyjęcie nowej oficjalnej nazwy – Istanbul Basaksehir Futbol Kulubu. Już wtedy klub coraz częściej łączony był z prezydentem Turcji Recepem Erdoganem. Związki z polityką znaleźć można także wśród ludzi bezpośrednio zarządzającymi klubem. Prezes Goksel Gumusdag to członek partii AKP, której nazwę przetłumaczyć można jako Partia Sprawiedliwości i Rozwoju. Barwy klubu również odpowiadają barwom tej organizacji politycznej. Co więcej, prywatnie Gumusdag jest powinowatym żony Prezydenta Turcji.

MEGALOMANIA W POMARAŃCZOWO-NIEBIESKO-BIAŁYCH BARWACH I UPRAGNIONY TYTUŁ

Recep Erdogan od początków istnienia Basaksehiru nie ukrywał czynnego wspierania klubu i stał się niejako symbolem aktualnego mistrza Turcji. W dniu otwarcia nowego stadionu – Fathim Terim Stadyumu – wystąpił nawet w pokazowym meczu jednocześnie strzelając trzy bramki! W meczu tym udział wziął również jego syn Bilal. Erdogan znany jest ze swoich konserwatywnych poglądów i megalomanii. Jego głównym założeniem jest rywalizacja z najbardziej utytułowanymi lokalnymi rywalami z Galatasaray, Fenerbahce i Besiktasu. Klub, w który inwestują firmy takie jak Burger King, DenizBank czy Turkish Airlines wpompował w ostatnich latach setki milionów euro w zagranicznych piłkarzy oraz infrastrukturę. I nie są to bynajmniej piłkarze mało znani. W tureckim klubie w ciągu ostatnich paru lat występowali tacy zawodnicy jak Emre Belozoglu, Robinho, Gael Clichy, Emmanuel Adebayor, Semih Senturk, Eljero Elia, Martin Skrtel czy Pierre Webo. Istanbul Basaksehir to klub wielu kontrastów. Z jednej strony ogromne pieniądze i poważni politycy w tle, z drugiej niewielka liczba kibiców i brak tradycji czysto piłkarskich. Mimo to, klub w poprzednim sezonie po raz pierwszy w historii sięgnął po tytuł mistrza Turcji, na finiszu rozgrywek o cztery punkty wyprzedzając drugi w tabeli Trabzonspor. Za ojca sukcesu uznano Okana Buruka. Były piłkarz m.in. Galatasaray, Interu Mediolan czy Instanbulsporu właśnie po raz pierwszy w karierze jako menedżer mógł świętować tytuł mistrza Turcji. Wcześniej, w sezonie 2017/2018 na stadionie Diyarbakirsporu zdobył Puchar z Akhisarsporem, w finale pokonując Fenerbahce 3-2.

FATALNY POCZĄTEK NOWEGO SEZONU PRZYPUDROWANY HISTORYCZNYM ZWYCIĘSTWEM Z MANCHESTEREM UNITED

Po zdobyciu pierwszego w historii tytułu mistrza Turcji i awansie do Ligii Mistrzów wydawało się, że zespół prowadzony przez Buruka nadal będzie się rozwijał sportowo, a w lidze powalczy przynajmniej o pierwszą piątkę. W Champions League nikt nie dawał im większych szans nawet na zajęcie trzeciego miejsca, upoważniającego do gry w 1/16 Ligii Europy. Basaksehir trafił do grupy śmierci z PSG, Manchesterem United i RB Lipsk. Nawet sam Erdogan nie mógł być optymistą tuż po wylosowaniu rywali w fazie grupowej. Na domiar złego ekipa ze Stambułu zanotowała prawdziwy falstart w rozgrywkach ligowych. W pierwszych trzech kolejkach przegrała wszystkie mecze, nie potrafiła strzelić nawet bramki. Upragnione zwycięstwo w lidze przyszło dopiero 17 października. Na polu bitwy pokonany został ówczesny wicemistrz – Trabzonspor SK. Po pierwszych dziesięciu kolejkach Basaksehir zajmował 8. miejsce w tabeli z bilansem 4-2-4. Nie był to wymarzony początek, ale też nikt nie przypuszczał wtedy, że aktualny mistrz będzie się w tym sezonie bronił przed spadkiem. W międzyczasie udało się przecież sensacyjnie wygrać w Lidze Mistrzów z Manchesterem United. Zwycięstwo szczególnie dobrze smakowało Rafaelowi Da Silvie, który w latach 2007-2015 był zawodnikiem Czerwonych Diabłów. Brazylijczyk był z resztą jednym z najlepszych piłkarzy na boisku tamtego wieczora. Jak się później okazało, było to jedyne zwycięstwo tureckiej drużyny w tegorocznej edycji LM. Po historycznym zwycięstwie nad Anglikami morale w zespole znacząco się podniosło i nic nie wskazywało na tak słaby przebieg reszty sezonu. Tymczasem Basaksehir w okresie od 21 listopada zeszłego roku aż do niedzieli 21 marca wygrał zaledwie 3 mecze ligowe na 22 możliwe! Na domiar złego, nie udało się wygrać żadnego z ligowych meczów derbowych. Jedynym zwycięstwem nad lokalnymi rywalami było lutowe 2-1 nad Fenerbahce w Pucharze Turcji. Tak fatalna postawa i brak punktów w rywalizacji z „wielką trójką” ze Stambułu sprawiły, że z posadą menedżera pożegnać się musiał Okan Buruk. 54-krotny reprezentant Turcji pracę stracił 29 stycznia – kilka dni po domowym podziale punktów w meczu z Rizesporem.

KOMPROMITACJA Z HATYASPOR I BRAK EFEKTU NOWEJ MIOTŁY

Dzień po zwolnieniu Buruka, Basaksehir rozgrywał domowy mecz z Hatyasporem. Na ławce gospodarzy usiadł w roli tymczasowego menedżera Nedim Yigit, zajmujący się w klubie znad Bosforu pracą z młodzieżą. Nie był to jednak najszczęśliwszy dzień w karierze Turka. Basaksehir po przygnębiająco słabej grze poniósł sromotną klęskę. Mecz zakończył się wynikiem 1-5. Był to jedyny jak do tej pory mecz Basaksehir z Yigitem na ławce trenerskiej. Dwa dni po tym blamażu w roli menedżera zatrudniony został Aykut Kocaman. Doświadczony trener pracował wcześniej w Istanbulspor, Malatyaspor, Ankaraspor, dwukrotnie w Konyaspor i w raz w Fenerbahce. Z tym ostatnim zespołem zdobył w 2011 roku tytuł Mistrza Turcji oraz dwa krajowe puchary. Z Konyaspor również sięgał po to trofeum – w sezonie 16/17. Co ciekawe, w finale tamtego meczu Konyaspor wygrał po dogrywce z Basaksehir właśnie.

Początek Kocamana w klubie ze Stambułu daleki jest od ideału. 55-letni Turek przegrał pierwsze cztery spotkania, w tym derbową potyczkę z Galatasaray. Pierwsze zwycięstwo z nowym zespołem odniósł dopiero w siódmej próbie, wygrywając wyjazdowe spotkanie z Genclerbirligi Ankara. Do tej pory (stan na 05.04.21) Kocaman wygrał zaledwie dwa ligowe mecze. To wczorajsze, 3-1 nad Malatyasporem, może mieć kluczowe znaczenie w kontekście walki o utrzymanie. W tym momencie Basaksehir ma tylko punkt przewagi nad 18. w tabeli Kayserispor. W obecnym sezonie Turkish Superleague spadają aż cztery zespoły, a różnice punktowe między miejscem 14 a 19 są naprawdę minimalne.

SŁABE WYNIKI OFENSYWY

Tak słaba forma zespołu może dziwić tym bardziej że ani w letnim, ani w zimowym oknie transferowym nie doszło do masowej wyprzedaży kluczowych zawodników. Z drużyny odeszli co prawda Aziz Behich, Eljero Elia, Gael Clichy i Milos Jojic, ale dla każdego z nich klub szybko znalazł zastępstwo. W zimowym oknie transferowym rozwiązano kontrakt z Martinem Skrtelem. Jego pobyt na Fatih Terim Stadyum był co najwyżej średnio udany, a Słowak inkasował jednocześnie jedną z najwyższych tygodniówek. Transfery do klubu takich piłkarzy jak Rafael, Berkay Ozcan, Nacer Chadli, Giuliano czy Hasan Ali Kaldirim musiały napawać kibiców optymizmem.

Szybko okazało się, że w maszynce, która seriami zdobywała punkty w poprzednim sezonie, coś się zacięło, a nawet zupełnie przestało działać. Tegorocznych porażek nie można zrzucić na karb kontuzji, bo te poważne raczej omijają piłkarzy Basaksehir. Wygląda na to, że ewidentnie coś się wypaliło, a być może jest to pokłosie zachłyśnięcia się nieoczekiwanym sukcesem poprzedniego sezonu. Szczególnie słabo prezentują się ci, którzy powinni stanowić o sile zespołu. Demba Ba w 24 meczach ligowych zdobył tylko 5 bramek, Berkay Ozcan w 25 meczach zanotował tylko jedną asystę, taką samą liczbę meczów ligowych rozegrał Frederik Gulbrandsen, a zaliczył tylko 6 trafień. Indywidualne statystyki Mehmeta Topala, Danijela Aleksicia czy Brazylijczyka Giuliano również nie rzucają na kolana. W 31 meczach tureckiej Superligi Basaksehir zdobył tylko 35 bramek, tracąc jednocześnie aż 49. Brak jakości w ofensywie znacznie przyczynił się do fatalnej pozycji ligowej. Słabo prezentuje się Nacer Chadli, który ma na koncie tylko 10 meczów ligowych, a przecież od zawodników z takim doświadczeniem trzeba oczekiwać znacznie więcej. Na domiar złego, w styczniowym oknie transferowym Basaksehir stracił Irfana Kahveciego. Wszechstronny pomocnik przeszedł w styczniu do Fenerbahce za 7 milionów euro.

Do zakończenia sezonu w tureckiej Superlidze zostało jeszcze 9 kolejek. Basaksehir zmierzy się w nich m.in. z Kayserispor, Erzumunspor i Kasimpasa – bezpośrednimi rywalami w walce o utrzymanie. To właśnie w meczach z nimi podopieczni Kocamana powinni szukać kompletu punktów. Tegoroczna gra na trzy fronty ewidentnie nie przysłużyła się tureckiemu klubowi, piłkarze zwyczajnie nie poradzili sobie z napiętym kalendarzem. W przypadku utrzymania na kolejny sezon w Basaksehir muszą zapaść odważne decyzje. Być może trzeba będzie pożegnać się z kilkoma najlepiej opłacanymi zawodnikami. Niepewna pozostaje także przyszłość Aykuta Kocamana.

KAROL KOCZTA

Rozmowa z piłkarskim obieżyświatem. Yudai Miyamoto.

Dziś rozmowa z wyjątkowym gościem. Zrezygnował ze studiów w Jokohamie, by zostać zawodowym piłkarzem. Próbował swoich sił w ponad 10 krajach, a od ponad roku przebywa w Polsce. Ostatnio podpisał kontrakt z Bronią Radom. Co myśli o Polsce? Który japoński piłkarz jest jego zdaniem najlepszy? Najlepsza rzecz, która przydarzyła mu się w Polsce?

Czytaj dalej „Rozmowa z piłkarskim obieżyświatem. Yudai Miyamoto.”

Mozaika Hamsika – Szwedzka układanka króla Neapolu

Czy największy transfer w historii ligi szwedzkiej ma sens? Od niemal tygodnia pytanie to jest na ustach większości fanów skandynawskiego futbolu. Marek Hamsik zasilił szeregi IFK Göteborg – klubu, który w zeszłym sezonie Allsvenskan (jakby to powiedział Franciszek Smuda) „walczył o spadek”. Dlaczego akurat Szwecja? A jeżeli już Szwecja, to dlaczego akurat Göteborg? Wokół tego transferu zgromadziło się więcej znaków zapytania niż na szyi Quebo. Mimo wszystko, transfer wydaje się jak najbardziej przemyślany.

5 marca dokładnie o godzinie 11:21 na stronie internetowej http://expressen.se zostaje opublikowany artykuł Daniela Kristoffersona. „Bomba: Hamsik w drodze do Göteborga” – krzyczał nagłówek. W dalszej części tekstu mogliśmy się dowiedzieć, że 33-letni pomocnik rozwiązał kontrakt z Dalian Professional i już wkrótce uda się do Szwecji, aby odbyć testy medyczne. Pontus Farnerud, dyrektor sportowy IFK Göteborg wolał zostawić sprawę bez komentarza. Coś musiało być na rzeczy. Trzy dni później doniesienia się potwierdziły, a Daniel Kristofferson mógł się poczuć jak szwedzki Fabrizio Romano.  Marek Hamsik wylądował na lotnisku w Göteborgu, a jego transfer został ogłoszony punktualnie o godzinie 19:30. Na naszych oczach zaczęła się tworzyć historia szwedzkiej piłki.

HAMSIK ZA 1/4 JĘDRZEJCZYKA

Szwedzkie media podają, że IFK Göteborg zaoferowało Hamsikowi kontrakt na poziomie 100 tysięcy koron miesięcznie. Jest to około 50 tysięcy złotych brutto. Bardzo mało, jak na tak klasowego zawodnika. Szczególnie, jeżeli weźmiemy pod uwagę, że tego typu kwoty są codziennością w naszej rodzimej lidze. Może to frazes, ale tym razem nie chodziło jednak o pieniądze.

Doskonale wiemy, że Szwecja nie była pierwszym wyborem Hamsika. Początkowo 3-miesięczny kontrakt miał mu zaoferować Slovan Bratysława, ale transakcja nie mogła dojść do skutku ze względu na okienko transferowe, które na Słowacji zamykało się znacznie wcześniej niż w Szwecji. Z mniej oczywistych powodów, Hamsik szukał również spokoju oraz boiska z naturalną trawą, co w Szwecji wcale nie jest takie oczywiste. Jego przyszły pracodawca musiał spełniać wszystkie te wymagania. Göteborg je spełniał.

CHCESZ PAN HAMSIKA?

Z przenosinami Słowaka wiąże się także kilka ciekawych anegdot. Tuż po podpisaniu umowy, agent piłkarza wyjawił mediom kilka faktów na temat negocjacji które jego klient prowadził z innymi klubami. A owych klubów było całkiem sporo.

Najprostszą metodą na nawiązanie kontaktu z prezesami szwedzkich klubów była naturalnie rozmowa telefoniczna. Jej schemat niezależnie od klubu był zawsze taki sam. Agent pytał się, czy klub zainteresowany jest Markiem Hamsikiem, w odpowiedzi słuchając ciągłego niedowierzania prezesów coraz to większych marek.

„Czy ty mówisz o tym Marku Hamsiku? Tak, już Ci wierzę… Haha, dobry żart.”

To jedna z najdziwniejszych odpowiedzi jakie usłyszał. Nikt nie chciał uwierzyć, że ktoś o pokroju Marka Hamsika będzie chciał grać w lidze szwedzkiej. No, może prawie nikt…

Zdecydowanie najszybszą reakcją wykazał się wspomniany już wcześniej Pontus Farnerud, pełniący w Göteborgu funkcję dyrektora sportowego. Od razu zapaliły mu się lampki w oczach i był gotowy do przeprowadzenia transferu mimo kłopotów finansowych i fatalnej formy klubu w zeszłym sezonie. Zagrał va banque, czego z pewnością nie żałuje.

Inna historia. Przed podjęciem ostatecznej decyzji Hamsik zadzwonił do samego Svena-Görana Erikssona. Jak mówi legendarny szkoleniowiec, Hamsik błyskawicznie go oczarował. „Zaraz, przecież to z Panem IFK Göteborg wygrało Puchar UEFA, prawda?” – zapytał Słowak podczas rozmowy telefonicznej. „To było bardzo miłe, że o tym wspomniał. Wydarzyło się to przecież w latach 80.” – skomentował Eriksson w późniejszym wywiadzie dla dziennika „Sportbladet”. Wybitny szkoleniowiec wystawił swojemu byłemu klubowi piękną laurkę i przekonał Słowaka do transferu. Kilkadziesiąt lat temu osiągnął z klubem największy sukces, teraz przyłożył rękę do największego transferu.

ŻYŁA ZŁOTA

Często powielany mit mówi, że transfer piłkarza potrafi zwrócić  się z samych koszulek. Jest to oczywiście nieprawda, co nie zmienia faktu, że Hamsik już kilka dni po podpisaniu kontraktu lekko podreperował budżet IFK Göteborg. „W ciągu kilku godzin sprzedaliśmy ponad 1400 gadżetów związanych z Markiem – komentuje Erica Berghagen, menedżer ds. klubowego marketingu. Co więcej, za każdy dzień Hamsika na mistrzostwach Europy klub otrzyma 49 tysięcy koron. Dziennikarze „Sportbladet” szybko obliczyli, że takowych dni będzie co najmniej 25. Oznacza to wpływ do kasy klubowej rzędu ponad 1,2 miliona koron szwedzkich. Na pytanie, czy transfer Słowaka się zwróci dyrektor sportowy klubu odpowiedział wprost: Tak, ale jeszcze nie teraz. Na tym dyskusja o sensie transferu powinna się zakończyć, ale okazało się, że nawet tak przemyślany ruch ma swoich sceptyków.

KUBEŁ ZIMNEJ WODY

„Lubię, kiedy zawodnikowi zależy na klubie. W tym przypadku tak nie jest” – tak transfer Marka Hamsika skomentował Anders Svensson, legenda reprezentacji Szwecji. „Myślę, że Hamsik może zrobić więcej złego niż dobrego. Od razu wchodzi do zespołu i ma czas na przygotowania, ale co to daje klubowi na dłuższą metę? Oczywiście piłkarze mogą się sporo nauczyć trenując z takim zawodnikiem, ale pamiętajmy, że przychodzi on tutaj tylko dla siebie i dla swoich własnych potrzeb. Jego myśli nie są niebiesko-białe.” – dodał.

Dzisiaj rano dowiedzieliśmy się, że Hamsik opuścił trening ze względu na uraz mięśnia łydki. „Nie mam pojęcia, co się stało ani jak Marek się teraz czuje. Poczuł ból i opuścił boisko pod koniec treningu. To wszystko, co wiem na ten moment” – powiedział po treningu trener Roland Nilsson. Nie wiadomo jak poważny jest uraz Słowaka.

Transfer Hamsika do Göteborga jest uczciwą wymianą korzyści między klubem, a zawodnikiem. Słowak otrzyma odpowiednie miejsce do treningu przed Mistrzostwami Europy, możliwość optymalnego wejścia w rytm meczowy oraz spokój. W zamian klub dostaje znakomitego piłkarza i rozgłos, który w dzisiejszych czasach również ma swoją cenę. Nawet jeżeli Słowak opuści zespół we wrześniu, powinien zostawić po sobie dobre wspomnienia i sporą sumę pieniędzy w klubowej kasie.

MACIEJ SZEŁEGA

Dynamit w nogach i głowie – ciekawy przypadek Pione Sisto

Nazywają go dziwakiem i niespełnionym talentem. Jedni oklaskują, drudzy wskazują palcami. Był na okładkach gazet ze względu na swoje umiejętności, ale większą popularnością cieszyły się newsy o jego ekscentrycznym zachowaniu. Poznajcie Pione Sisto. Oto słodko-gorzka historia o depresji, talencie i oczekiwaniach, którą napisał futbol.

JEDEN Z DZIEWIĘCIU

Pione Sisto Ifolo Emirmija przyszedł na świat w Kampali, stolicy Ugandy. Jego rodzice pochodzili z Sudanu. Tam się wychowali, założyli rodzinę i dowiedzieli się, co to znaczy wojna. Konkretnie II wojna domowa w Sudanie, która trwała aż przez 22 lata. Szacuje się, że podczas jej trwania życie straciło 1,5 miliona cywilów, natomiast aż 4 miliony osób zostały zmuszone do emigracji. Wśród tych osób znajdowali się Masima Sisto Iccang oraz Sisto Locco Majuleikwa, czyli rodzice dzisiejszego bohatera. W przeciągu kilku miesięcy dwukrotnie zmieniali swoje miejsce zamieszkania. Najpierw zmuszeni byli do ucieczki z Sudanu do Ugandy, a następnie otrzymali pomoc ze strony duńskiego rządu. Do Europy trafili, gdy Pione miał zaledwie dwa miesiące.

Piłkarz ma aż ośmioro rodzeństwa: Adeleide, Lobolohitti, Margaret, Akari, Cathy, Angelo, Lopunyaka i Reginę. Jeden z jego braci jest inżynierem, inny posiada licencjat z ekonomii. On sam nigdy nie przykładał zbytniej wagi do nauki, co wcale nie oznacza, że próżnował. Już w wieku 7 lat trafił do szkółki Tjörring IF. „Pione cały czas musiał z kimś rywalizować, bo inaczej po prostu się nudził” – powiedział Kent Kalhoj, jego pierwszy trener. Jak sam mówi, Pione był jego ulubieńcem nie tylko ze względu na wrodzone umiejętności, ale również wielką pracowitość. „Większość dzieci w akademii trenowało 12 godzin tygodniowo, tymczasem Pione ćwiczył przez 24.” Nic dziwnego, że w wieku 15 lat trafił do FC Midtjylland. W barwach Wilków przeżył wiele pięknych chwil. Gol na Old Trafford, tytuł gracza sezonu w wieku zaledwie 19 lat, aż w końcu mistrzostwo Danii. Po pewnym czasie znacząco przerósł ligę duńską, a oferty Evertonu, Porto, czy West Hamu tylko czekały na podpis. Ku zdziwieniu mediów, Sisto wybrał jednak grę dla Celty Vigo.

Jak sam mówił, przekonała go możliwość występowania w pierwszej jedenastce i szansa na rozwój w silnej, europejskiej lidze. Ruch ten mógł wydawać się niezrozumiały, ale osoby z jego środowiska nie były nim specjalnie zaskoczone. Szczególnie, że jego bliscy twierdzili, że Pione jest uzależniony od ciągłego rozwoju. Celta mu ten rozwój zapewniała, przynajmniej do czasu…

Jego pierwsze sezony w Hiszpanii wyglądały obiecująco. Sisto na pewnym etapie rozgrywek potrafił być najlepszym asystentem ligi, a w mediach pojawiało się coraz więcej pogłosek o zainteresowaniu FC Barcelony. W spełnieniu marzenia o przeprowadzce na Camp Nou miał Duńczykowi pomóc dobry występ na mundialu. Jego wartość rynkowa sięgała już niespełna 20 milionów euro, wszystko wskazywało na to, że Celta pobije swój dotychczasowy rekord transferowy (należący wówczas do Nolito, za którego Manchester City zapłacił 18 milionów euro). W klubie rosła presja, a wśród kibiców oczekiwania. Balonik został napompowany. Wystarczyło jedno ukłucie, aby pękł z hukiem.

PRZECIĄŻENIE SYSTEMU

Debiut na mistrzostwach świata to dla większości piłkarzy wielka chwila. Niegdyś Paweł Sibik porównał swoje słynne 5 minut na mundialu w Korei i Japonii do 100 występów w Ekstraklasie. Nie bez powodu. Mundial to święto różnorodności, prawdziwy piłkarski karnawał. Teoretycznie taki kolorowy ptak jak Sisto powinien znakomicie odnaleźć się na tego typu imprezie. W rzeczywistości, to właśnie na mundialu przeżywał swój największy koszmar.

„Problemy, które za mną chodzą przez ostatnie dwa lata miały swój początek na mundialu w 2018 roku. Kompletnie mi się tam nie podobało. Po jakimś czasie chciałem już tylko wrócić do domu”.

Podczas trwania mistrzostw Duńczyk zdiagnozował u siebie pierwsze objawy depresji. Debiut na tak dużej imprezie nie był dla niego niczym specjalnym. Czuł zobojętnienie, nie obchodziło go zupełnie nic, co się działo wokół niego. A działo się sporo. W ostatnim sparingu przed mistrzostwami (przeciwko Panamie) Sisto strzelił swoją debiutancką bramkę dla reprezentacji. Prasa natychmiast podchwyciła temat (osobny artykuł poświęcił mu nawet „The Guardian”), oznajmiając, że skrzydłowy trafił z formą na mundial. Być może trafił, ale tylko z formą fizyczną. Głowa ewidentnie nie dojechała. Miał być duńskim Messim, czy nowym Laudrupem. Wkrótce okazało się, że nie pozostał nawet sobą. Gdy wrócił do Hiszpanii był już zupełnie innym człowiekiem.

OWOCOWA DESPERACJA

Gra Celty w sezonie 18/19 była równie rozczarowująca, co drugi sezon serialu „True Detective”. Potrafili co prawda wyeliminować Real Madryt w ćwierćfinale Pucharu Króla, ale jednocześnie do przedostatniej kolejki walczyli o utrzymanie. Gdy masz w składzie Stanislava Lobotkę, Maxiego Gomeza, czy Iago Aspasa, oczekuje się od ciebie zajęcia miejsca przynajmniej w środku stawki. Większość zawodników nie wzięło sobie jednak oczekiwań kibiców do serca, a kwestia utrzymania znowu spoczęła na barkach Aspasa. Co więcej, gdy tylko okazało się, że Celta zapewniła sobie utrzymanie, w klubie zaczęło dochodzić do prawdziwej serii niefortunnych zdarzeń. W tym przypadku ich autorem nie był Lemony Snicket, a pewien duński skrzydłowy i jego paru kolegów z zespołu.

Od kontuzjowanego Emre Mora nagrywającego swoje skoki do basenu,  Sofiane Boufala i Ryada Boudebouza zatrzymanych przez policję za jazdę na motorze bez uprawnień, aż do Pione Sisto i jego cudownej diety owocowej. O Celcie Vigo z tamtego okresu można było powiedzieć wszystko, ale na pewno nie to, że było tam nudno. Co do samego Duńczyka i jego dziwnych nawyków: 21 dni o samych owocach, tak wyglądały przygotowania gracza „Celestes” do najważniejszej fazy sezonu. Co ciekawe, to nie koniec dziwnych historii z jego udziałem. Sezon później, w dobie pandemii wyruszył wraz ze swoją siostrą w podróż po Europie. Bez wiedzy klubu wrócił do Danii, a podczas lockdownu standardowy trening zastąpił medytacją. Po jakimś czasie w klubie mieli go już serdecznie dosyć, a transfer wydawał się być kwestią czasu.

Już kilka miesięcy później Sisto został zaprezentowany jako stary-nowy gracz FC Midtjylland. Warto dodać, że na prezentacji pojawili się jego rodzice, którzy z włóczniami w rękach zaprezentowali tradycyjny afrykański taniec. Po jego wcześniejszych wybrykach nikt nie był tym specjalnie zaskoczony (szczególnie, że jego rodzice zrobili to samo podczas jego premierowej konferencji dla reprezentacji Danii w 2014 roku).

OSTATNI PUZZEL

Początkowo wydawało się, że Sisto nie będzie pasował do Midtjylland. Podczas jego czteroletniej nieobecności klub poszedł mocno do przodu, zaczął stosować najnowocześniejsze metody scoutingu, czy treningu przy użyciu nowych technologii. Zaczęli również sprowadzać analityków specjalizujących się w absolutnie każdym aspekcie gry (na przykład rzutach z autu). Jednym słowem, w tym klubie nie ma miejsca na przypadek. Jak na ironię, jedynym przypadkiem wydawać się mógł transfer naszego bohatera.

Do tak profesjonalnego, hermetycznego środowiska miał wkroczyć facet, który znany był z niewykonywania poleceń klubu, czy stosowania własnych, specyficznych metod treningu. Zespół, w którym zwracają uwagę na każdą dodatkową kalorię miał przyjąć faceta, który wierzył w cudowne działanie diety owocowej, czy medytacji. Okazało się, że w tym szaleństwie była jakaś metoda.

Negocjacje kontraktowe z zawodnikiem wcale nie należały do najłatwiejszych. Sisto był już zdecydowany na transfer do FC Kopenhagi, lecz w ostatniej chwili rozmyślił się. Podczas rozmów z Midtjylland wcale nie było lepiej. Negocjacje się wydłużały, a piłkarz zachowywał się coraz bardziej nieprofesjonalnie. Odmawiał, żądał wysokiego wynagrodzenia, a nawet chciał wpłynąć na ostateczną kwotę transferu. Na jego szczęście duński klub prowadził negocjacje twardą ręką, a jego przedstawiciele wiedzieli, że nie mogą wrócić do Danii bez 26-letniego skrzydłowego. Postawili na swoim, a hitowy transfer stał się faktem.

Po powrocie do Danii Pione Sisto odżył. Coraz bardziej przypomina piłkarza, który strzelał bramki na Old Trafford, po cichu marząc o grze dla Barcelony. Po 17 ligowych spotkaniach ma swoim koncie 5 bramek oraz 2 asysty. Jak sam mówi, musiał zniszczyć starego człowieka, tak aby w jego miejsce pojawił się nowy. Pomimo tak dobrej dyspozycji, nie zanosi się, aby spełnił on oczekiwania, jakie mieli co do niego kibice jeszcze kilka lat temu. Jego historia może posłużyć za przestrogę dla nas wszystkich. Dla mediów, zawodników, trenerów, a nawet kibiców. Pamiętajmy, że płyta boiska potrafi być krzywym zwierciadłem, które wygładza ludzkie problemy. Wielu piłkarzy prawdziwą rywalizację rozpoczyna dopiero po końcowym gwizdku. Najgorsze, że jest to rywalizacja z samym sobą.

MACIEK SZEŁĘGA

Blog na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑