Demony losowań czyli prawdziwy mężczyzna próbuje pięć razy.

1 grudnia 2001, koreańskie Pusan. Losowanie grup Mistrzostw Świata.  Grupa D – Portugalia, Polska, Korea Południowa i USA.  Cóż za wspaniałe losowanie ! Wszak trafiliśmy na gospodarzy turnieju, ale nie dajmy się zwariować. Korea to piłkarski kopciuszek. Nie mają w składzie gwiazd pokroju Wałdocha i Hajty z Schalke Gelsenkirchen czy Dudka z Liverpool’u. USA? No, oni potrafią grać w futbol, ale w kaskach i ochraniaczach, kopiąc jajowatą piłkę ponad poprzeczką lub rzucając się na siebie wzajemnie. Portugalia? Fakt, to bardzo wymagający przeciwnik. No ale przecież Engel obiecał mi że Polacy na turniej do Azji jadą po puchar. Jak jadą po puchar to żadne Portugalie nie powinny nam być straszne. Wychodzimy z grupy, nie ma bata… Minęło pół roku. Engel mnie okłamał. Koreańczycy zabiegali nas na śmierć. Jakby w dzieciństwie każdy z nich wpadł do kociołka z metamfetaminą od Waltera White’a Nawet sędziowie nie musieli ciągnąć ich za uszy jak później w fazie play-off. Portugalia zrobiła nam gang-bang. A właściwie to wystarczył sam Pedro Pauleta żeby nas pogrążyć. Dobił nas Rui Costa. My próbowaliśmy odpowiedzieć Arkadiuszem Bąkiem, snującym się wówczas gdzieś między Widzewem Łódź a warszawską Polonią.  Nie było to zbyt mądre … Na osłodę wygrywamy z „jankesami”, grając praktycznie drugim składem a w drugiej połowie spuszczając ze smyczy Pawła Sibika z Odry Wodzisław Śląski. Mistrzostwa podsumowali dobitnie Pudelsi w piosence „Mundialeiro”.

9 grudnia 2005, niemiecki Lipsk.  Losowanie grup Mistrzostw Świata.  Grupa A – Niemcy, Polska, Ekwador, Kostaryka.  Wymarzone losowanie! Egzotyczni rywale z Ameryki Łacińskiej. Ekwadorczyków pokonaliśmy nie cały miesiąc wcześniej w towarzyskim spotkaniu 3:0. Awansowali bo ktoś musiał awansować z CONEMBOL poza Argentyną i Brazylią. Kostaryka? Bitch, please. Awansowali bo jakieś ogóry poza Meksykiem muszą awansować z CONCACAF.  Niemcy? Nigdy ich jeszcze w historii naszych spotkań nie pokonaliśmy, więc jeśli nie teraz to kiedy? (Z perspektywy czasu już wiem że dopiero 9 lat później).  Polsko zróbmy to ! … Minęło pół roku.  9 czerwca 2006 rok. Najbardziej traumatyczny dzień w historii mojego kibicowania polskiej kadrze. Jak wiadomo kibicowanie naszej kadrze często wiązało się z traumatycznymi przeżyciami. Ale jako młody, naiwny 18 letni chłopak nie dopuszczałem myśli że możemy przegrać z Ekwadorem. Ekwadorem ! Kurwa, z Ekwadorem?! Błagam! Rozpoczniemy turniej od 3:0, no może 3:1.  … 9 czerwca 2006, godzina 23:00. Jestem po półtora godzinnym oglądaniu bicia głową w mur polskich kopaczy. Zostaliśmy pogrążeni przez Ekwador. Ekwador !! Kurwa, przez Ekwador !!! Do tej pory nazwa Ekwador kojarzyła mi się z klubem muzycznym w Manieczkach. Od 9 lat moja optyka się zmieniła. Ekwador kojarzy mi się z najgorszym wpierdolem w historii polskiej piłki. Nie żadne 0:6 z Hiszpanią. Nie wszystkie porażki z Niemcami. Nie żadne Wembley.  Tylko Veltins-Arena w Gelsenkirchen, na której zostaliśmy pogrążeni przez takie tuzy futbolu jak Carlos Tenorio i Augustin Delgado. Boże, jak to bolało … Największa lekcja pokory w historii piłki. Wystarczy przypomnieć że po tamtym spotkaniu samobójstwo popełnił kibic z Ekwadoru, który całe oszczędności swojego życia postawił na wygraną Polaków! Ok, w perspektywie mamy mecz z Niemcami, nie wszystko stracone. Ale po poprzednim meczu nie za bardzo wierzyłem w polską myśl szkoleniową reprezentowaną wówczas przez Pawła Janasa. 90 minut obrony Częstochowy. Pół akcji Polaków stworzone przez Żurawskiego. Ale rozpaczliwa obrona Polaków przynosi efekty. Przez 90 minut Niemcy nie są w stanie pokonać fenomenalnie dysponowanego Boruca. Piłka nożna ma jednak to do siebie że sędzia dolicza najczęściej jakiś dodatkowy czas gry. 50 sekund po 90 minucie, Odonkor urywa się Dudce, dośrodkowuje w pole karne, do piłki dopada przypominający konika garbuska Oliver Neuville z Bayeru Leverkusen i boleśnie uczy nas pokory po raz drugi na tym mundialu. Właściwie to w tym momencie z buhajów rozpłodowych, którymi byliśmy po losowaniu, robi z nas szare myszki futbolu, którymi jesteśmy po końcowym gwizdku. Na osłodę, nie bez kłopotów pokonujemy Kostarykę po dwóch bramkach Bartosza Bosackiego.

2 grudnia 2007, szwajcarska Lucerna. Losowanie grup Mistrzostw Europy. Mistrzostwa Europy mają to do siebie, że znacznie trudniej wylosować w nich dogodną grupę bo biorą w nich udział zespoły o określonym i nie tak dysproporcjonalnym poziomie jak na mundialach. Tu się nie wylosuje Saudów, Iranu czy innego Ekwadoru (tfu!).  Grupa B – Niemcy, Chorwacja, Polska i Austria. Nie jest źle. Austriacy to gospodarze ale grają padakę i sami nie potrafili zakwalifikować się do dużego turnieju od dekady. Chorwaci są w naszym zasięgu. W końcu w eliminacjach nie potrafili nas pokonać Portugalczycy, Belgowie ani Serbowie. Zresztą z tego koszyka można było trafić gorzej – Włochów czy też  niewygodnych dla nas Szwedów. Niemcy? Wszak nigdy z nimi nie wygraliśmy. Ale jak nie teraz to kiedy?! (Już tylko 7 lat ). Polsko potrafisz! … Minęło pół roku. Pierwszy mecz przegrywamy z Niemcami po bramkach niemal płaczącego po ich zdobyciu (pff…) Podolskiego. Lukas, nigdy cię jakoś nie lubiłem. Klose przynajmniej się nie krył z tym że jest 100% szwabem. Mimo że od wygranej byliśmy daleko jak stąd do Betlejem to mecz zagraliśmy mimo wszystko lepszy niż 2 lata wcześniej w Dortmundzie. Wszystko przed nami! Porażka z Niemcami była wkalkulowana. Czas na Austrię ! Austria nas gniecie, Austria nas tłamsi, przecieram oczy ze zdziwienia. Boruc przez pierwsze pół godziny wyczynia w bramce cuda by nie dać wyjść na prowadzenie rodakom Hitlera, Fritzla i wówczas nieznanego Thomasa Neuwirtha, przedstawiającego się w późniejszym czasie światu jako Conchita Wurst. No tak, nie łatwo być Austriakiem … Ale wracając do meczu. Boruc czyni cuda, następny taki występ bramkarza po którym potrafiłem wydobyć z siebie tylko „łooooo” niczym Łukasz Jurkowski na galach KSW  to chyba biegający przy kole środkowym Neuer w meczu z Algierią na brazylijskim Mundialu. Chuj, po wszystkiemu jest. Przegramy z Austrią. I w tym momencie historyczną, pierwszą bramkę dla Polski w historii europejskiego czempionatu zdobył jeden z pionierów wśród farbowanych lisów (wcześniej był tylko Olisadebe) sprzed ery gdy Smuda założył hodowlę lisów w kadrze – Roger Guereiro.  Od tego momentu gra zmienia się diametralnie. To my przejmujemy inicjatywę, Austriacy mają podcięte skrzydła. Brakuje nam niewiele by zdobyć drugiego gola. 90 minuta. Powinniśmy dociągnąć wygraną. Mecz z Dortmundu nauczył mnie że sędzia zazwyczaj dolicza czas gry i wszystko się może zdarzyć. Mecz we Wiedniu nauczył mnie, że sędzia czasami pomaga też przeciwnikowi w sposób bardziej dobitny niż obdarowanie rywala dodatkowymi sekundami gry. Howard Webb postanowił zostać najbardziej znienawidzonym arbitrem … pal licho … człowiekiem w kraju nad Wisłą i odgwizdał karnego za faul, który tylko on i obłąkany Janusz Wójcik widzieli na oczy.  Webb zresztą do dziś zapiera się że faul był ewidentny. Karnego na bramkę zamienia Ivica Vastić, który w kadrze debiutował chyba jeszcze za czasów istnienia Austro-Węgier. Remis i szanse na awans znów tylko iluzoryczne. Zresztą mecz z Chorwatami zagraliśmy na poziomie i z efektownością Korony Kielce i Vatreni po bramce Klasnicia najmniejszym nakładem sił pokonali biało-czerwonych.

2 grudnia 2011, ukraiński Kijów. Losowanie grup Mistrzostw Europy. Mistrzostw do których dzięki szeroko pojętej obrotności Hryhorija Surkisa nie musieliśmy się nawet kwalifikować. Losowanie. Grupa A – Rosja, Polska, Czechy, Grecja. Bóg jest z nami. Polska trafia do „grupy śmiechu”. Mamy trójkę z Dortmundu i Bramkarzy! Kogo mają oni? Phi! Awansowaliśmy. Wszak gramy u siebie. Z każdego koszyka los przydziela nam praktycznie najsłabszego rywala. Tu nie ma nawet co komentować… Minęło pół roku. 30 stopni w cieniu a mecz z Grakami gramy przy zamkniętym dachu Stadionu Narodowego. Ale mniejsza o to. 17 minuta i Lewy wyprowadza nas na prowadzenie. Czekam tylko na dalszą egzekucję Graków. Stres mi mija całkowicie. Dodatkowo przed przerwą Papastatophoulos otrzymuje dwa żółtka i idzie pod prysznic. Nic nam nie grozi. 51 minuta Salpingidis doprowadza do wyrównania. Co jest kurwa grane?! 69 minuta Szczęsny fauluje w polu karnym. Przed oczami zaczynają mi się pojawiać duchy Tenorio, Delgado, Neuville’a i Webb’a . Do klatki wchodzi Tytoń i broni „jedenastkę” Karagounisa. Powoli wraca mi tlen. Ale bliżsi strzelenia drugiego gola Grecy. Na szczęście Velasco Carballo gwiżdże po raz ostatni. Olbrzymi niedosyt. Nie tak miało być. Miało się zacząć od przekonującej wygranej.Kolej na mecz z podtekstami przeciwko Rosjanom w Warszawie. Gorąco było już przed meczem gdy rosyjscy fani zorganizowali sobie pochód przed meczem i pobawili się z Polakami w berka. W pierwszym meczu pokonali Czechów 4:1 więc było się czego bać. Wyrównany, twardy mecz. Ale oczywiście kacapy wychodzą na prowadzenie po bramce Dżagojewa. W drugiej połowie niesamowitym strzałem popisuje się jednak Błaszczykowski i była to chyba bramka kadry po której darłem ryja najgłośniej w życiu. Znowu 1-1, które tym razem przyjmuję z satysfakcją i ulgą. Tym razem trzeci mecz gramy o wszystko a nie tylko o honor. Wrocław. Smuda siedząc w kiblu gdy cierpiał na biegunkę spowodowaną przedmeczowym stresem postanowił wystawić trzech defensywnych pomocników w meczu, który musieliśmy wygrać. Geniusz taktyki. 72 minuta, Murawski traci piłkę w środku pola, Czesi wychodzą z kontrą i pozbawiają nas złudzeń. Petr Jiracek wysyła nas zgodnie z tradycją do domu po fazie grupowej. Nauczony historią poprzednich wielkich imprez w naszym wykonaniu, nie odczuwam z tego powodu aż tak wielkiej traumy. Baa, jestem zadowolony, bo w porównaniu z poprzednimi turniejami walczyliśmy do końca i nie byliśmy tylko tłem w grupie. Ot, tak niewiele mi do szczęścia było potrzebne. Z perspektywy czasu zastanawiam się jednak jak mogliśmy to wszystko tak spierdolić?

12 grudnia 2015, stolica Francji Paryż. Losowanie Mistrzostw Europy. Modlę się od rana. Panie Boże, daj nam grupę z Hiszpanią, Włochami i Turcją. Wszak gdy dostawaliśmy grupy teoretycznie łatwe to wracaliśmy zawsze na tarczy. Może gdy wylądujemy w grupie śmierci i porzucimy wszelką nadzieję to przewrotny los postanowi wynagrodzić nam te wszystkie lata krzywd i upokorzeń. Losowania grup wielkich turniejów czy eliminacji są czasami bardziej emocjonujące aniżeli same mecze. Mają jednak tą wadę że na początku trzeba odbębnić część artystyczną. Chociaż dziewczyny tańczące kankana wyglądały całkiem przyjemnie. Zaczyna się losowanie Angelos Charisteas, który wespół z grecką defensywą gnębił rywali podczas Euro 2004 swoim jakże skutecznym antyfutbolem wraz z Davidem Trezeguetem mieli rozlosować nam rywali. Nad całą procedurą czuwał legendarny Łysy z UEFA, sporadycznie nazywany Giannim Infantino. Kolejne kulki są odkręcane. Dochodzimy do trzeciego koszyka. Z kim zagrają Polacy? Panie Boże, zmieniłem zdanie, nie przydzielaj nas do Hiszpanów i Turków bo widzę że powoli realizujesz treść mojej modlitwy. W tym momencie Charisteas mówi magiczne „Poland”. Grupa C – Niemcy, … , Polska i Irlandia Północna. Jest w połowie sukces w połowie tragedia. Wszystko rozstrzygnie koszyk numer dwa. Grupa A – Szwajcaria, Grupa B – Rosja. Panie Boże tylko nie Włochy ! Grupa C … Jak długo można odkręcać tą cholerną kulke?! Ukraina! Jest ok! Naziści, Banderowcy i IRA … Ot taki niepoprawny politycznie żart na rozładowanie tego nieznośnego napięcia. Ale kurwa?! Jak to znowu jest dobrze? Przecież jak jest dobrze to zawsze potem jest źle? No tak. Ale to nie 2002 i piłkarze Engela sprzedający podobizny do reklamy gorących kubków, nie 2006 i piłkarze Janasa kręcący telefonami z murawy z rozdziawionymi buziami trybuny dortmundzkiego stadionu. Nie 2008 i … kurwa, co wtedy właściwie poszło nie tak? No dobra, ale nie 2012 i hodowla lisów Nikodema Dyzmy polskiej trenerki Franza Smudy.  To polska husaria Nawałki z kosmitą Lewym, skałą Glikiem, młodym gniewnym Milikiem i królem środka pola Krychowiakiem. Przynajmniej chce w to wierzyć. Pierwszy mecz z Irlandią Północną. Piłkarze Ulsteru mają szansę wskoczyć na miejsce Ekwadoru w hierarchii moich największych koszmarów, bo wierzę że tym razem wygramy 3-0. Tak, znowu mam zamiar być nierozsądnie pewny siebie! Zresztą jeśli nie pogonimy Iroli to czego właściwie szukamy na tym Euro? Słabszych jest niewielu. Idealny mecz na przetarcie. Kogo mamy się bać? Kyle Lafferty’ego z Rizesporu? Czy Josha Maggenisa z Aberdeen? Kadrowo to poziom niższy od ostatnio ogranej przez nas Islandii, sądze że poziom niższy od Szkotów, którzy odpadli z naszej grupy. Niemcy. Ograliśmy ich w końcu w ogóle, więc czas ograć ich na dużej imprezie. Jak nie teraz to kiedy? Polsko ! 16 czerwca w Saint Denis ! Pokazaliśmy w eliminacjach że potrafimy z nimi grać jak równy z równym. Ukraina. Za Fornalika dwa razy przegrana w eliminacjach do Brazylijskiego mundialu. Jarmołenko z Dynama Kijów, Rakicki z Szachtara czy przede wszystkim Konoplanka z Sevilli to na pewno nazwiska piłkarzy nie z pierwszej łapanki. Mimo wszystko eliminacje przebrnęli dopiero po barażu ze Słoweńcami, z którymi wcale nie wygrali w cuglach. W grupie za plecami zostawili ich m.in. Słowacy, z którymi podopieczni Mychajło Formenki nie potrafili ani razu wygrać ani nawet strzelić im bramki. Z nimi gramy na końcu. Wierze że będzie to tylko stempel pieczętujący nasz awans do 1/8 finału z co najmniej drugiej pozycji. Polsko potrafisz ! Pompowanie balonika uważam za rozpoczęte. Bo po prostu w żadnej poprzedniej drużynie narodowej nie widziałem takiego potencjału sportowego. Zostańmy czarnym koniem tych mistrzostw. Głęboko w to wierzę panowie. Choć za plecami czają mi się duchy: Delgado, Tenorio, Neuville’a, Webb’a i Jiracka. Do czerwca będę wymieniał je przed snem jak Arya Stark. Wierze panowie że skutecznie je zabijecie.

 

 

Misja kryptonim Euro 2016 rozpoczęta.

Zeszłomiesięcznymi meczami z Islandią i Czechami polscy piłkarze zakończyli owocny dla naszej reprezentacji rok 2015. Cel nadrzędny czyli awans na Euro 2016 został odhaczony już w październiku, dzięki czemu po 8 latach awansowaliśmy na turniej rangi mistrzowskiej (a nie został on nam dany, jak w przypadku Euro 2012). Ten rok podopieczni trenera Nawałki kończą z bilansem 5 zwycięstw, 3 remisów i tylko 1 porażki. Bilans bramkowy wyniósł 25:11.

To by było na tyle jeśli chodzi o suche fakty i liczby. Teraz dodajmy do tego trochę więcej serca i miodu. W końcu mamy reprezentację, której nie trzeba się wstydzić. A ostatni raz taką mieliśmy … hmm … no chyba jeszcze za czasów Leo Benhakkera.  I to tych sprzed Euro 2008. Dobra, były potem jakieś przebłyski podczas kadencji Franza Smudy, nawet spaprane Mistrzostwa Europy, których byliśmy współgospodarzem dały na pewno więcej emocji kibicom niż pozostałe wielkie imprezy w wykonaniu naszej kadry w XXI wieku. No ale sam fakt że wspominam o turnieju podczas którego nie wyszliśmy z grupy, ba, nawet nie wygraliśmy meczu, w kontekście niezłego przebłysku drużyny Smudy, może posłużyć za podsumowanie całego tego okresu. Późny Leo to też była tragedia. Fornalik? Dajcie spokój. Momenty były, ale ogółem były to drużyny pozbawione … tego czegoś. No dobra, bez owijania w bawełnę. Nie mieliśmy jaj ! A w dodatku jakby to powiedział Przemysław Cecherz – „Byliśmy k**wa słabi”. Z czego to wynikało? Pewnie złożyło się na to wiele czynników.

Czynnik pierwszy to było obsadzenie kadry „farbowanymi lisami”. Graczami może i o umiejętnościach, które tej drużynie dodawały jakichś walorów stricte piłkarskich, ale od początku można było się obawiać o pobudki jakie rządziły tymi panami  w momencie gdy zdecydowali się przywdziać biało-czerwony kostium.  Wysyp tych zawodników nastąpił w momencie gdy było jasne że będziemy organizatorami turnieju w 2012 roku. Czyli bardzo dobrej okazji do wypromowania swoich umiejętności na większą skalę. Takiego okna wystawowego na piłkarski świat.  Nagle Obraniak, Perquis, Boenisch i Polański stwierdzili że jednak wolą być nie Ludovickiem, Damienem, Sebastianem i „Ojgenem” a Ludwikiem, Damianem, typowym, polskim Sebą spod trzepaka oraz Bogusiem (bo pod takim imieniem urodził się w Sosnowcu Polanski). Oczywiście cała czwórka nie miała co liczyć na występy w swoich reprezentacjach numer  1, czyli Francji i Niemczech. Ich integracja z kadrą przebiegała niewiele mniej topornie od asymilacji muzułmanów z brukselskiej dzielnicy Molenbeek.  Jak wszyscy pamiętamy, nie miało to zbyt dobrego wpływu na atmosferę w drużynie narodowej i prowadziło do wewnętrznych podziałów. Euro 2012 nie wpłynęło zbytnio na ich kariery. Żaden na tym turnieju nie pokazał się z dobrej strony i nie wybił gdzieś wyżej. Po turnieju również osłabł ich patriotyzm. Szczególnie w przypadku Obraniaka i Polańskiego, którzy obrażali się odpowiednio na trenerów Fornalika i Nawałkę i odmawiali dalszej gry z orzełkiem na piersi. Perquis był trapiony ciągłymi kontuzjami.  A Boenisch? Można spytać Cecherza  dlaczego nie gra. Zresztą na tą chwilę jedynie Polanski prezentuje umiejętności, które mogłyby dać podstawy do tego by go powołać. Śmiem twierdzić, że „skillami” przerasta Jodłowca i Mączyńskiego. Jednakże umiejętności to nie wszystko. Zresztą foch na Nawałke raczej mu nie przeszedł (chociaż perspektywa gry we Francji mogła by go przekonać do wybaczenia selekcjonerowi) a i sam Nawałka kategorycznie stwierdził że ten temat jest zakończony.

Czynnikiem drugim, co było również konsekwencją powoływania „farbowanych lisów” do kadry, była atmosfera. A właściwie jej brak. No ale żeby nie obwiniać tylko naturalizowanych graczy, to wszyscy pamiętamy chociażby „aferę biletową” z naszym kapitanem Kubą Błaszczykowskim w roli głównej, szukającym jakichś bzdurnych usprawiedliwień dla koncertowo przejebanej „grupy śmiechu” na wspominanym po raz kolejny, rodzimym Euro. Mającym pretensje do wszechświata o brak przyznanego biletu dla ciotecznego brata wujka Władka. Afera „koszulkowa”, czyli brak orzełka na trykotach,  dla większości polskich kibiców tak ważnego symbolu narodowego z którym jako kibice kadry i ogółem polskich sportowców utożsamiamy się tak bardzo. Zakłuło w oczy na pewno to, że żaden z zawodników nie potrafił zająć stanowiska w tej sprawie. Przypominali w  tym momencie klubowych najemników, dla których liczy się tylko kasa i posłuszne wypełnianie zaleceń sponsora. W dodatku pompowany na siłę przez media konflikt na linii Kuba-„Lewy”, pokazany nawet w reklamie Opla czy też pretensje kibiców do Lewandowskiego o to że w kadrze nie gra na takim poziomie jak ówcześnie w Dortmundzie, czego apogeum było uciszanie trybun przez „Lewego” po zdobytej bramce z Czarnogórą.  Na brak odpowiedniego klimatu w drużynie wpływał zapewne również brak odpowiedniego autorytetu na ławce trenerskiej. Bo takim nie był ani Smuda ani Fornalik. I tym samym przechodzę do czynnika numer trzy.

Brak ikry w drużynie. Brak przywódców, brak zaangażowania. Ledwie klecący zdania w języku polskim „Franz” i smutny Waldek, który sprawiał wrażenie jakby bał się odezwać do któregokolwiek ze swoich podopiecznych. To co wystarcza na prowadzenie Wisły Kraków czy Ruchu Chorzów na kadrę to za mało (chociaż Nawałka temu swoją osobą zaprzecza). Właściwie przypomina mi się tylko jeden moment w czasie którego zrobiło mi się cieplej na sercu, gdy oglądałem te drużyny w czasie kadencji obydwóch jegomości. Przełożony z powodu opadów deszczu mecz Polska-Anglia na Narodowym i Marcin Wasilewski krzyczący po „Mazurku Dąbrowskiego” do swoich kolegów „dawać kurwaa !” Zresztą był to także chyba najlepszy mecz jaki rozegraliśmy pod wodzą Fornalika. To był jedyny taki przejaw wzrostu testosteronu u tych graczy. W większości meczy traciliśmy bramkę i była to już dla nas bariera nie do przeskoczenia. Głowy na dół i byle dograć spotkanie do końca. Przegrywaliśmy w głowach, wychodziliśmy z pełnymi spodenkami, ze zbyt dużym respektem dla rywala.

A teraz przyjrzyjmy się jaką metamorfozę przeszła reprezentacja za kadencji Nawałki.  Atmosfera? Wystarczy pooglądać kanał „Łączy nas piłka”. Zresztą ten kanał to kapitalna sprawa wykonywana przez byłego dziennikarza Orange Sport Łukasza Wiśniowskiego. Pozwala kibicom na bycie bliżej tej kadry, pozwala zobaczyć zwykłych, wesołych chłopaków a nie zadufane gwiazdy piłki, hermetycznie zamknięte w czasie zgrupowań w hotelach i na boiskach treningowych.  „Grosik” śpiewający razem z kolegami przeboje zespołu „Akcent” po awansie na ME, Krychowiak jadący do Francji „na koniu” wraz z Wojtkiem Szczęsnym. To tylko ostatnie hity internetu a Wiśniowski już od dłuższego czasu mozolnie skręca przez czas trwania zgrupowań materiały, robiący przy tym pozytywny PR polskim piłkarzom. Ale to także zachowanie tych piłkarzy na boisku. Piłkarzy których nagle zaczęła cieszyć gra. Jędrzejczyk po zdobytej przeciwko Szwajcarii bramce wskakuje na trybuny by usiąść wśród zwykłych kibiców, Kuba, który decyzją m.in. kapitana drużyny – Lewandowskiego otrzymuje piłkę by wykonać „jedenastkę” na przełamanie przeciwko Gibraltarowi czy wspólna radość po golu obydwóch tych piłkarzy, nie pałających do siebie w życiu prywatnym sympatią. Może był to gest  troszkę pod publiczkę, ale potrafili zdobyć się na taki gest, potrafili pokazać że jest w piłce coś ważniejszego niż prywatne wojenki. Że na piedestale powinno stać dobro całej drużyny. Ta ekipa żyje kolejnymi meczami i mam wrażenie że potrafiliby wskoczyć za sobą w ogień. Zresztą widać też to po ich determinacji. Nie ma już smudowo-fornalikowego spuszczenia łba w dół i modlenia się o koniec meczu. Najlepszym przykładem na to były obydwa mecze ze Szkotami. Na Narodowym przegrywaliśmy 1:2 i potrafiliśmy atakować, walczyć aż Milik wcisnął bramkę na 2:2. Na Hampden? Każdy pamięta tą historię gdy piłkę w ostatnich sekundach wcisnęliśmy chyba tylko siłą woli, wyrzucając gospodarzy z walki o awans. I „Lewy”, który po tej jakże ważnej bramce, zamiast celebrować swój sukces, wyciągnął futbolówkę z bramki Marshalla i popędził z nią do linii środkowej. „Lewy”, ten Lewandowski, który przez tak długi czas był biczowany przez rodzimych kibiców za rzekomy brak odpowiedniego zaangażowania w grę drużyny narodowej. Który tymi eliminacjami zamknął usta większości niedowiarków i malkontentów. Który pokazał że mamy piłkarza formatu światowego nie tylko w piłce klubowej ale mamy także lidera z prawdziwego zdarzenia w kadrze. Nie byłem zwolennikiem odbierania opaski kapitana Błaszczykowskiemu i oddawania jej „Lewemu”. Ale Nawałka tą roszadą po raz kolejny pokazał mi dlaczego to on jest selekcjonerem kadry a nie ja. Opaska zadziałała na „Lewego” bardzo pozytywnie.  Jako kapitan był zaangażowany w spotkania na 200%. Nie tylko dawał z siebie wszystko jako piłkarz, ale także jako lider, wódz tej drużyny. Pokazał to nie tylko we wspomnianym meczu w Szkocji, ale chociażby umiejętnie kradnąc czas i doprowadzając tym samym do szału Irlandczyków w ostatnim spotkaniu w grupie. Nie mówię już jak wielką robotę wykonał strzelając  13 bramek we wszystkich meczach eliminacyjnych i tym samym wyrównując rekord Davida Healy’ego .

Robert zasłużył na szczególną laurkę ale awans wywalczyła przecież cała drużyna. Autorska drużyna Nawałki. Jak długo szykanowany był Mączyński? Dopóki nie zagrał kapitalnych zawodów w dwóch ostatnich meczach eliminacji i nie pokazał jak ważnym ogniwem tej drużyny może być. Kto pomyślałby by dać szansę powrotu z piłkarskich zaświatów Sebastianowi Mili a ten odwdzięczy się bramkami przeciwko Niemcom i Gruzji? Oczywiście, nie brakuje tu nadal pomysłów trenera, które nie do końca można zrozumieć. Peszko czy Cionek, mimo wszystko już teraz również Mila to zawodnicy, którzy na tą chwilę nie za bardzo pokazują nam dlaczego właściwie selekcjoner ich powołuje. Nie za bardzo rozumiem też sensu powoływania aż czterech bramkarzy, szczególnie że numerem cztery jest doświadczony Tytoń a nie żaden młody golkiper, który mógłby po prostu zbierać na zgrupowaniach szlify (np. Drągowski).  Z drugiej strony szali mamy za to młodego Bartka Kapustkę, również autorski pomysł Nawałki, który wypalił w 100% i pokazuje że może być ważnym ogniwem zespołu już latem we Francji. Poza tym wiadomo: pukający do drzwi wielkiego piłkarskiego świata Krychowiak, będący czołowym stoperem Serie A i już teraz ikoną Torino Kamil Glik, Arek Milik będący gwiazdą co prawda już nie tak silnej jak kiedyś ligi holenderskiej ale bycie gwiazdą Ajaxu Amsterdam to jednak nadal coś znaczy.  Nieobliczalny Grosicki, który przeżywa na ten moment rewelacyjne chwile we Francji, mimo że jest tylko rezerwowym w Rennes. Rybus, który nie tak dawno w rosyjskiej Premier Lidze był grabarzem spisującego się fenomenalnie w Champions League Zenitu Sankt Petersburg. Ta kadra ma wielki potencjał i żeby nie było aż tak różowo … uważam że jak na swój potencjał i tak gra słabiej niż powinna. Zbyt często dajemy zepchnąć się rywalowi do defensywy. Świetnie rozpoczynamy grę, dominujemy pierwsze 15-20 minut po czym dajemy przejąć kontrolę na boisku przeciwnikowi. Tak było ze Szkotami, tak było nawet w Warszawie w meczu przeciwko Gruzji.  A z takimi drużynami powinniśmy jednak kontrolować większość czasu gry. Dawno nie mieliśmy tylu graczy grających w czołowych ligach europejskich i odgrywających w swoich klubach zanczące role a nie będących tylko statystami. Mamy wszystko aby stać się silną, europejską reprezentacją. Nie kimś w stylu Hiszpanii czy Niemiec ale chociażby na poziomie Chorwatów.

Podsumowując, chciałbym stwierdzić tylko tyle. Od dawna pragnąłem mieć reprezentację, która brak umiejętności będzie nadrabiać  wolą walki i ambicją. Chciałem mieć futbolowy odpowiednik naszej drużyny piłkarzy ręcznych.  Nie chcę zapeszać, ale chyba właśnie moje marzenie się spełniło. Możemy pojechać do Francji i jedyne czego będę od kadry oczekiwał to zaangażowania takiego, jakie pokazali chociażby (a raczej szczególnie)we wrześniu przeciwko Niemcom. To w jakim stylu można przegrać mecz też jest ważne. Rozpoczęło się pompowanie balonika przed kolejnym wielkim turniejem. Czyli taki standard. Tak samo było w 2001/02, 2005/06, 2007/08. Z jaką siłą te baloniki pękały, wszyscy pamiętamy. Nie chce powtórki z meczu z Ekwadorem z mundialu 2006. Tamten mecz to była dla mnie wielka trauma. I chodzi tu szczególnie o pasję i serducho jakie włożyli w ten mecz polscy zawodnicy. Kadra Nawałki jest na najlepszej drodze by tym razem było inaczej. Wystarczy że cały czas będą grali swoje. Tak jak to robią od dobrego roku. A wierzę że przy pracy jaką selekcjoner włoży w przygotowanie tego zespołu naprawdę możemy w końcu chodzić z podniesioną głową po turnieju mistrzowskim. Panowie! Po prostu nie spierdolcie tego!

Co pan powie teraz panie Campbell?

Wszyscy z pewnością pamiętamy jak przed Euro 2012 były piłkarz reprezentacji Anglii Sol Campbell przekonywał kibiców do tego, by ci nie ryzykowali wyjazdu do Polski i na Ukrainę, ponieważ z tej podróży mogą powrócić w trumnach. Argumentował to tym, że na stadionach państw gospodarzy mistrzostw wszechobecny jest rasizm i w ogóle pod względem kultury trybun jesteśmy sto lat za murzynami (czyli za samym Solem J ), dodatkowo telewizja BBC wyświetliła stronniczy dokument potwierdzający tą tezę . Mistrzostwa się odbyły, angielscy kibice wrócili cało do swoich domów a Campbell został przez nich wyśmiany. Po piątkowych wydarzeniach, które miały miejsce w Paryżu zastanawia mnie jednak coś innego. Panie Campbell, co pan powie swoim kibicom przed przyszłorocznym, francuskim turniejem? Wszak wznoszenie rasistowskich okrzyków choć dla wielu krzywdzące i bolesne to jednak jeszcze nie bestialskie mordowanie ludzi.

Kilka dni temu w Narodowe Święto Niepodległości, tradycyjnie przez Warszawę przeszedł Marsz Niepodległości. W porównaniu z poprzednimi latami, ten tegoroczny marsz odbył się w dość spokojnej atmosferze. Wydaje mi się że najbardziej zawiedzione takim obrotem sprawy były media ze stacją TVN na czele. A skoro nic nadzwyczajnego na Marszu się nie wydarzyło, to trzeba było jakiś powód do skrytykowania MN samemu wymyślić. Tak więc na szklanym ekranie mogliśmy oglądać wszelakie (głównie lewicowe) „autorytety” jak chociażby Piotr Szumlewicz czy prof. Monika Płatek lamentujące nad falą nacjonalizmu, ksenofobii i nietolerancji, która zalała nasz kraj. Solą w ich oku było już samo hasło marszu: „Polska dla Polaków, Polacy dla Polski.” a nawet transparent niesiony przez uczestników owego wydarzenia, na którym widniał napis „wolimy kotleta od Mahometa”. Swoją drogą nie za bardzo rozumiem co w tym haśle jest tak kontrowersyjnego, sam również wolę schabowego od twórcy obcej mi religii. No ale cóż, przecież jak się dobrze popatrzy to można w owym sloganie znaleźć niewyczerpane pokłady islamofobii. Swoją drogą ciekawe dlaczego feministyczne „Pussy Riot” biegające na golasa po kościołach, tych ludzi jakoś nie uwiera. Wspomniane przeze mnie „autorytety” nie potrafiły również pojąć jak ci „nietolerancyjni faszyści”, którzy maszerowali ulicami Warszawy mogą nie zgadzać się na sprowadzenie do ich kraju tysięcy obcych im kulturowo syryjskich (zresztą nie tylko) uchodźców uciekających przed wojną do „lepszego świata” (i do zasiłków socjalnych…).  I tak się dziwili i przeklinali tych prostaków (jak stwierdził p. Miecugow z TVNu – w większości pijanych, bezrobotnych), którzy hańbią Polskę swoim nacjonalizmem i brakiem otwartości na inne kultury i zanim dziwić się skończyli to ci imigranci z bliskiego wschodu w imię swojej religii wymordowali na ulicach Paryża prawie 130 osób w zaplanowanych i skoordynowanych zamachach. Co ciekawe zamachach mających miejsce nie cały rok po ataku terrorystycznym na redakcję tygodnika „Charlie Hebdo”.  Francuzi nie odrobili lekcji i po raz drugi w 2015 roku zostali dotkliwie ugodzeni przez islamskich, podkreślmy to ISLAMSKICH terrorystów.  Tak naprawdę nie obudzili się z ręką w nocniku ale po samą szyję w szambie. Francuski rząd obudzony przez nagły policzek wymierzony ich krajowi przez bandytów, których jeszcze nie dawno zapewne wpuścili w imię tolerancji i pomocy bliźniemu razem z innymi uchodźcami do swojej ojczyzny, nagle przypomniał sobie że trzeba podjąć jakieś działania zapobiegające dalszemu rozlewowi krwi. Prezydent Francois Hollande postanowił zamknąć granice państwa i tym samym zapuszkować się razem z tysiącami, jeśli nie milionami potencjalnych, anonimowych morderców. Dobrze, rozumiem że nie każdy arabski uchodźca jest terrorystą, ale nie czarujmy się. Można próbować zakłamywać rzeczywistość, ale ISIS obiecało że wśród imigrantów poumieszczają swoich ludzi i jak widać nie było to tylko czcze gadanie.  Jak z tej masy ludzi powyławiać tych, którzy nimi są? Tymbardziej jak miałby zrobić to polski rząd, który jak słusznie zauważył kiedyś Paweł Kukiz, nie mógł sobie dać rady nawet z kelnerami? Oczywiście „autorytetów” to nie przekonuje i dla nich największą bolączką tych zamachów jest fakt, że ISIS dało niepodważalny argument „faszystom”, którzy teraz obwiniać będą Allahowi ducha winnych muzułmanów a nie tych wstrętnych morderców z Państwa Islamskiego, tak- Islamskiego, którzy jak sama nazwa ich samozwańczego kraju wskazuje, również muzułmanami są i właśnie w imię tej religii mordują. Dziwnym trafem zamachów dokonują właśnie w tych liberalnych, otwartych (wykastrowanych!) państwach typu: Francja czy USA a nie w nieprzychylnie im nastawionych „ciemnogrodach” jak państwa grupy wyszehradzkiej. Zachód w momencie gdy napluje im się w twarz udaje że pada deszcz. Nie dziwie się tamtejszym politykom, zapewne mają w tym jakiś swój ukryty cel. Przeraża jednak to, w jakim stopniu zmanipulowane i ogłupione jest społeczeństwo, które łyka wszystkie te brednie podawane im przez politycznie poprawne media. Zresztą kraje zachodu jak dla mnie od dawna skazane są na coraz bardziej przyśpieszającą degrengoladę społeczną i moralną. Niestety w naszym kraju odsetek osób zatrutych tą medialną propagandą również jest bardzo wysoki.  Przeraża ilość osób ustawiających sobie na swoich facebookowych profilach filtr w kolorach francuskiej flagi, wstawianie hashtagu #PrayForParis częstokroć przez osoby, które ze sferą duchowo-religijną mają tyle wspólnego co prezydent Kwaśniewski z klubem abstynenta. Zresztą większość tych osób nawet nie za bardzo potrafiłaby wyjaśnić tego, w jakim celu to zrobiła. To bardziej przejaw mody, chęci bycia trendy. Ustawienie flagi Francji na profilówce jest fajne, ale już wywieszenie flagi narodowej za oknem na 11 listopada śmierdzi cebulą. Tak przynajmniej zdawać by się mogło patrząc na ich ilość na balkonach i domach polskich miast i wsi podczas zeszłotygodniowego święta. Jak podsumował na swoim profilu twitterowym Rafał Ziemkiewicz: „Europa odpowie z całą bezwzględnością. Użyjemy hasztagów, lajków, łańcuchów serc, manif, apeli intelektualistów. Wszystkich dostępnych broni!” Trudno się z tym niezgodzić. Miło że społeczeństwo pokazuje swój sprzeciw wobec paryskich zamachów. Ale na dłuższą metę co to daje? Terroryści z Państwa Islamskiego raczej nie wezmą sobie do serca tej internetowej lawiny współczucia i nie zaprzestaną dalszego szerzenia „jedynej prawdziwej religii” Przeżywam deja vu. To samo widziałem po wspomnianych styczniowych zamachach na redakcję Charlie Hebdo. Na portalach społecznościowych działo się dokładnie to samo o czym wspominam teraz. Jeśli zdarzy się (odpukać, chociaż to wielce prawdopodobne) kolejny tak spektakularny zamach, zapewne przeżyje kolejne deja vu. Będą ginąć kolejni ludzie a na twitterze będą powstawać kolejne hashtagi. W telewizji cały czas wmawiać nam będą że nie wolno nam uchodźców utożsamiać z terrorystami a największym zmartwieniem establishmentu będzie lament skrajnej prawicy (czyli każdy niepochlebny komentarz na temat islamu, uchodźców itp. Itd., który z komentatora uczyni faszystę).

Wracając już do tematu piłki. Na gorąco, po zamachu wiele osób zwątpiło w sens brania udziału w losowaniu puli biletów na Euro 2016. Nie można się dziwić, bo mało kto poza emocjami piłkarskimi chciałby przeżywać jeszcze dreszczyk emocji niczym z gry w rosyjską ruletkę. Być może porównanie troszkę przesadzone, no ale trudno mieć inne myśli po obejrzeniu wiadomości z Paryża. Dodatkowo turniej piłkarski, ściągający do Francji kibiców z całej Europy to doskonała okazja do zaplanowania zamachu. Zapewne ilość stężenia służb mundurowych na metr kwadratowy będzie olbrzymia ale obawy i tak pozostaną. Przeniesienie turnieju do innego państwa raczej też tutaj nie wchodzi w rachubę, przynajmniej tak utrzymują piłkarskie władze.  Zresztą jeśli wydarzenia z feralnego piątku 13stego nie są początkiem jakiejś permanentnej wojny partyzanckiej na terenie wroga rozpoczętej przez dżihadystów, to do czerwcowego turnieju emocje powinny troszeczkę opaść.  Legendarny trener m.in. Liverpoolu, Bill Shankly powiedział kiedyś: „Niektórzy ludzie uważają, że piłka nożna jest sprawą życia i śmierci. Jestem rozczarowany takim podejściem. Mogę zapewnić, że to coś o wiele ważniejszego.” Wielu kibiców futbolu zapewne wychodzi z podobnego założenia i żaden zamaskowany terrorysta z karabinem w ręku nie jest w stanie zepsuć im tego święta jakim będą przyszłoroczne rozgrywki. Do tej grupy zaliczam się również ja. Mam zamiar jechać do Francji i pragnienie obejrzenia Lewego, Krychowiaka czy Glika reprezentujących mój kraj na francuskich murawach jest o wiele silniejsze niż strach przed islamskimi bojownikami.

 

Zacznij bloga na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑