Ostatni taniec Jürgena Kloppa w LFC jako symbol. Felieton Bartka Jędrzejczaka

Często mówi się, że czas i życie płyną szybko i właściwie niewiadomo kiedy to wszystko tak zasuwa. W istocie trudno mieć inne wrażenie, ale należy stwierdzić, że w futbolu tak naprawdę dzieje się to przynajmniej dwa razy szybciej względem „standardowego” upływu. Piłkarska klepsydra po prostu przesypuje piasek intensywniej.

Kiedy w październiku 2015 roku stery na Anfield przejmował strateg z Göppingen wszystko było praktycznie inne, dziś tak dziwne i odległe. Żeby uzmysłowić, jaki to szmat czasu, warto, chociażby nadmienić, że ówczesny selekcjoner reprezentacji Polski Adam Nawałka szykował się do zaklepania awansu na Euro 2016 przed meczem z Irlandią, w jego kadrze na lewej obronie grał jeszcze Jakub Wawrzyniak, a w życiowym primie był Michał Pazdan. W Ekstraklasie grano idiotycznym systemem ESA 37, a Leicester, którzy w Premier League za kilka miesięcy napisali jedną z najbardziej romantycznych historii w światowych dziejach piłkarskich… chwilę wcześniej rzutem na taśmę utrzymali się jako beniaminek. Brzmi trochę jak prehistoria, a to przecież niecałe dziewięć lat temu.

Dlaczego dziś wracam z nutą nostalgii do tamtego okresu? Ano trudno nie odnieść się do ostatnich informacji, które zszokowały wręcz wyznawców futbolowego kościoła na całym świecie. Jürgen Klopp opuści po sezonie Liverpool pozostawiając zapewne ogromną wyrwę w sercach fanów The Reds. Zresztą, nie trzeba być fanem zespołu z czerwonej części miasta Beatlesów, by nie docenić pracy Niemca i tego, w jaki sposób przyciągał uwagę wszystkich, dla których futbol to coś więcej niż sport. Dla kibiców Liverpoolu to zdecydowanie symbol pewnego odrodzenia, symbol ponownej świetności, a przede wszystkim twarz, która kojarzyć się będzie po prostu z zapewnieniem trofeów, tak bardzo utęsknionych w hrabstwie Merseyside. Zanim przecież charyzmatyczny Klopp w LFC się pojawił, to liverpoolczycy byli po prostu – moim zdaniem – takim lepszym średniakiem. Może to zaskakujące, bo przecież w sezonie 2013/14 The Reds otarli się o mistrzostwo, będąc ledwie dwa punkty za Manchesterem City.

Poprzednie kampanie rozgrywkowe kończyli na miejscach 6. oraz 7. Dla takiego klubu to oczywiście zbyt mało i choć przecież Brendan Rodgers zapewnił w maju 2014 roku wicemistrzostwo i długo wyczekiwaną grę w fazie grupowej Ligi Mistrzów, to kolejne rozgrywki zakończył na szóstej pozycji. Czy Rodgersa w październiku 2015 należało koniecznie zwolnić? Pewnie nie, ale prezes Tom Werner nie mógł przepuścić okazji do tego, żeby Kloppa ściągnąć do siebie. Czytałem zresztą książkę Raphaela Hönigsteina „Robimy Hałas”, gdzie skrupulatnie pokazano kulisy zatrudnienia Niemca i to, jak szczegółowo to rozplanowano, roztaczając wizję przed nowym menadżerem. I choć nie od razu Liverpool zaczął wygrywać puchary, bo przecież tamten sezon 2015/16 zakończył na ósmej pozycji, ale dotarł także do finału Pucharu Ligi Angielskiej i przede wszystkim do finału Ligi Europy, w którym musiał uznać wyższość Sevilli, ale po drodze wyeliminował po szalonym meczu swój poprzedni klub z Dortmundu. Sezon na przeczekanie, a niewiele zabrakło już z małym bonusem.

Później, jak doskonale pamiętamy, projekt Liverpool i Klopp rozwijał się coraz prężniej i harmonijnie. W 2018 roku w pamiętnym finale w Kijowie otarł się o zdobycie Ligi Mistrzów i kto wie, co byłoby, gdyby Loris Karius nie rozegrał wówczas swojego najkoszmarniejszego meczu w karierze. Rok później w Madrycie już bez Kariusa, a z Alissonem w bramce The Reds wygrali z Tottenhamem, a kolejne dwanaście miesięcy w przód świętowano także zwycięstwo w Premier League. Rok 2020 to w ogóle ze względów pandemicznych czas kompletnego światowego wariactwa, które naturalnie odcisnęło się także na piłce. Sezon został przecież przerwany, a gdy go wznowiono, to rzecz jasna bez kibiców na trybunach. Klątwę zdjęto zatem po trzydziestu latach, bo ostatni tytuł padł łupem LFC w 1990 roku. Szmat czasu. Liverpool przecież w międzyczasie miał znakomity zespół, bo przecież nie sposób nie pamiętać finału z 2005 roku w Stambule, gdzie Jerzy Dudek dokonał jednego z najbardziej pamiętnych tańców.

Dwa lata później też przecież grali w finale, ale wówczas to Milan zrewanżował się za traumę ze Stambułu. Rafael Benitez miał w składzie prawdziwą konstelację gwiazd ze Stevenem Gerrardem na czele, ale nie udało im się nigdy sięgnąć po triumf w Premier League. Szkoda zwłaszcza legendy Gerrarda, któremu nie było dane sięgnąć po to trofeum. Dokonał tego dopiero Jürgen Klopp, który stał się uosobieniem kolejnej ery świetności i wielkości Liverpoolu. Właściwie miał też po prostu niefart, że trafił na okres Josepa Guardioli, który z The Citizens zdobywa krajowe mistrzostwa wręcz hurtowo. Ten sezon to last dance Kloppa, ale być może zakończy się jeszcze jednym zwycięstwem Premier League, bo Liverpool wraz z Manchesterem City i Arsenalem stoczą zapewne pasjonującą batalię, wszak różnice punktowe są bardzo niewielkie i dziś to Liverpool jest liderem, ale wszystko zmienia się w tabeli jak w kalejdoskopie, co też pokazuje inaczej upływający czas, o którym wspominałem na samym początku. Obiektywnie rzecz ujmując, chciałbym, żeby w maju to Liverpool świętował mistrzostwo, choć nie ukrywam, że fajnie byłoby zobaczyć też tytuł dla Arsenalu Mikela Artety, bo The Gunners na mistrzostwo też czekają dwadzieścia lat. Niemniej biorąc pod uwagę zejście z liverpoolskiej sceny Kloppa, byłoby to spięcie klamrą udanych dziewięciu lat. No i również okazja do tego, by świętować na wypełnionym po brzegi Anfield, by pożegnać swojego menadżera w chwale w dniu podniesienia pucharu. Doskonale przecież pamiętam obrazki z King Power Stadium w Leicester, gdzie w towarzystwie Claudio Ranieriego fenomenalny utwór Time to say goodbye wykonał Andrea Boccelli. 

Przyznam, że jako człowiek wychowany na Premier League w czasach sir Alexa Fergusona w Manchesterze United i Arsena Wengera w Arsenalu, mam też mały sentyment do historii z Liverpoolu. Jürgen Klopp to dla mnie uosobienie tej długofalowości, która kojarzy mi się we wspomnianych wielkich klubach w Anglii. Klopp po prostu uznał jednak, że czas po prostu odejść, poszukać nowych wyzwań, wyjść z pewnej strefy komfortu. Dlatego też nie zaskoczyło mnie to jakoś mocno. Po prostu wszystko ma swój kres. W futbolu także. 

Bartek Jędrzejczak

Dodaj komentarz

Zacznij bloga na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑