Kiedy w październiku 2022 roku we Frankfurcie nad Menem rozlosowano grupy eliminacyjne do EURO 2024, trudno było z perspektywy polskiego kibica nie powstrzymać uśmiechów. Reprezentacja Polski o przepustkę na niemiecki turniej miała zagrać z Czechami, Mołdawią, Albanią i Wyspami Owczymi. Pięciozespołowa grupa, w której promocję uzyskają dwie pierwsze ekipy, w teorii nie miała prawa stanowić żadnych przeszkód, a o pierwsze miejsce rodzima kadra miała walczyć z Czechami. Rzeczywistość okazała się jednak brutalna i choć przecież sport uczy pokory, to taki scenariusz, jaki oglądamy dziś, jest totalnym kuriozum, którego mało kto mógł się spodziewać.
Żeby dokładnie określić, czym były te eliminacje dla Polaków, trzeba byłoby użyć słów uważanych za mało parlamentarne. Łagodnie ujmując, był to okres wstydu, obciachu i żenady. Oczywiście biało-czerwoni byli kilka tygodni po katarskim mundialu i okrytej złą sławą „aferze premiowej” na skutek której z pracą selekcjonera pożegnał się Czesław Michniewicz, notabene jeden z najszczęśliwszych selekcjonerów w chwili losowania we Frankfurcie. Niestety dla polskiego Mourinho nie było dane tych eliminacji dotknąć, a jego następcą został Fernando Santos i wówczas wydawało się, że prezes Cezary Kulesza trafił w dziesiątkę. Opinia publiczna bowiem domagała się wreszcie zagranicznego trenera z doświadczeniem reprezentacyjnym, a Portugalczyk jako selekcjoner Greków i Portugalczyków miał do tego znakomite referencje. Ponadto rywale w postaci wyżej wymienionych nie byli i nie są żadnymi tuzami, a zatem sytuacja niemal win-win. Niezbyt wymagający dzięki temu ten rok można było spożytkować jako czas poszukiwań i wymiany pokoleniowej, bo przecież wynikowo nic nie miało prawa się wydarzyć.
Inauguracja sielskich kwalifikacji to raczej uderzenie obuchem i to takie solidne. Zanim mecz w Pradze zaczął się na dobre, to już właściwie nie było czego zbierać. Dwa szybkie gole w kilka minut zamknęły mecz, a kolejne spotkanie w Warszawie z Albanią to wymęczone w bólach zwycięstwo bez większej historii. Nawet po marcowym zgrupowaniu z trzema punktami na koncie i blamażu u Czechów nikt nie miał powodów do niepokoju. W czerwcu po towarzyskim zwycięstwie nad Niemcami nasze orły udały się do Kiszyniowa i pomimo tego, że do przerwy prowadzili 2:0, to na drugą część spotkania nie wyszli. To znaczy fizycznie na boisku byli, ale psychicznie najwyraźniej myśleli już o wakacjach. Zresztą te drugie 45 minut to idealne podsumowanie całych eliminacji. Bojaźliwość, brak pewności siebie, rozkojarzenie i totalna niemoc. Zupełnie tak, jakby ktoś ogłosił plebiscyt na najbardziej kuriozalną kadrę w Europie i my za wszelką cenę chcielibyśmy dzierżyć tę plamę pierwszeństwa. Kolejne „batalie” to oczywiście nędza z amatorami z Wysp Owczych, zebranie w czerep w Tiranie, zwolnienie Santosa i wymiana go na bliskiego kumpla Kuleszy, a więc Michała Probierza, słaby mecz w Torshavn, remis z Mołdawią na PGE Narodowym i remis z Czechami na tym samym obiekcie. Na koniec cieszą się Albańczycy i Czesi, a Polska kończy eliminacje wstydu na trzecim miejscu.
Totalnym chichotem losu jest jednak to, że mimo swojej beznadziejności Polacy mają jeszcze szansę, by do Niemiec na turniej pojechać. W marcu zagramy w barażu z Estonią i jeśli wygramy, zmierzymy się z lepszym z pary Walia vs Finlandia. Taki obrót spraw to oczywiście sprawka Ligi Narodów, która okazała się zbawieniem, rzuceniem koła ratunkowego dla topiącego się. To też trochę pokazuje, gdzie dziś znalazła się kadra Polski.
Z całym szacunkiem dla rywali, ale nie wyjść z tej grupy to trochę tak, jakby… szukać porównania tej abstrakcji, ale w zasadzie to jest tak głupie, że aż trudno to ze sobą jakkolwiek zestawić. Nasi rywale to europejscy słabeusze. Ewentualnie totalne średniaki w postaci Czechów i Albańczyków patrząc na to przed kwalifikacjami i w sumie też po nich. Trudniej moim zdaniem było z tej grupy nie wyjść, niż faktycznie awansować.
Polakom się to jednak udało, bo jak wiadomo -jesteśmy mistrzami świata w dokonywaniu haniebnych cudów. Mając do dyspozycji graczy o europejskiej renomie, grających w wielkich klubach, rywalizujących przeciwko topowym graczom w meczach ligowych, my jako Polacy rozbijamy się o Mołdawię. Nie da się nawet logicznie tego wytłumaczyć, bo po latach kwalifikacji na wszystkie turnieje od EURO 2016 we Francji, dziś obserwujemy ponury obraz problemów z kwalifikacją i przypomina nam to czasy Smudy czy Fornalika tudzież późnego Beenhakkera. Jeszcze niedawno narzekaliśmy na to, że nie gramy efektownie, że nie ma tego efektu WOW, a argumentacja o tym, że przynajmniej kwalifikujemy się na piłkarskie imprezy, była czymś tak oczywistym, że nawet wstyd było używać tej narracji. Dziś nie ma nawet tego, a są właściwie zgliszcza, bo ten zespół nie przypomina mi dumnej reprezentacji kraju, który liczy blisko 40 milionów obywateli. Nie widzę na boisku naturalnego lidera, który wziąłby to towarzystwo za mordy. Każdy tam sobie rzepkę skrobie i widać to nie tylko na boisku.
Sam PZPN pod batutą Kuleszy przypomina mi typowe gremium z poprzedniego ustroju politycznego, gdzie miało miejsce kolesiostwo i dobra zabawa w postaci spożywania wysokoprocentowych trunków. Apogeum było przecież zabranie do samolotu Mirosława Stasiaka, gościa, który był jedną z kluczowych twarzy korupcyjnej hydry lernejskiej w polskiej piłce, która dławiła ten sport ponad dwie dekady temu. Pamiętna kolacja w Kiszyniowa z pijackim śpiewem i afera jedna za drugą za kadencji Kuleszy jest idealnym podsumowaniem obecnej działalności piłkarskiej federacji. Reprezentacja i jej gra? Ryba przecież psuje się od głowy…
Dodaj komentarz