Futbol to relacje. Wywiad z Michałem Okońskim

Figura ojca, przekleństwo supermana, nieradość… Elokwencja Michała Okońskiego i wnikliwość w postrzeganiu futbolu jest niewątpliwym atutem tego autora, ale inspirować może też niezwykłość jego fraz. Okoński w swojej książce dowiódł, że futbol można analizować w wielu aspektach, można to robić pięknym językiem, który jednocześnie nie musi być pretensjonalny. Z autorem książki „Stałe fragmenty. Piękny i wstrętny. Opowieść o dwóch twarzach futbolu” rozmawiał Bartłomiej Najtkowski.

Bartłomiej Najtkowski: Fraza, która bardzo mi się spodobała w pana niedawnym tekście, to „nieradość”. Mieliśmy czas ulgi, wytchnienia od tego, gdy selekcjonerem był Paulo Sousa, który chciał zmienić mentalność polskich piłkarzy. Pamiętamy mecz z Hiszpanią na EURO. Portugalczyk wpoił drużynie, że nie musi mieć kompleksu niższości, że może grać ofensywnie, że nie jest skazana na grę z kontry. Niemniej Czesław Michniewicz i Fernando Santos to nie byli trenerzy chcący reformować polską piłkę, a wybór Michała Probierza na następcę Santosa każe sądzić, że nieradość będzie się pogłębiać…

Michał Okoński: „Nieradość” to tytuł zbioru próz Pawła Sołtysa, pisarza, songwritera i kibica w jednym… Natomiast Sousa, owszem, próbował dokonać rewolucji kulturowej, ale szedł na skróty. Na przeszkodzie stanęło mu też wiele czynników, z nieprzyjaznym otoczeniem po zmianie prezesa PZPN na czele. Można powiedzieć, że uniwersum polskiej piłki, jak nazywa ten świat Leszek Milewski, przytłoczyło go tak, jak później Fernando Santosa. Myślę, że również i ten Portugalczyk nie wiedział, z czym przyjdzie mu się zderzyć, że nie wystarczy samo ustalenie taktyki i wyselekcjonowanie piłkarzy, co do których można przyjąć, że są profesjonalistami.

Santos przekonał się, czym jest polskie piekiełko?

Po aferze premiowej wszedł do stajni Augiasza. Michał Zachodny w książce „Polska myśl szkoleniowa” podaje przykłady udanych futbolowych rewolucji we Włoszech, Hiszpanii czy w Niemczech, ale we wszystkich tych krajach to była systemowa praca rozłożona na lata, a selekcjoner był tylko trybem ogromnej machiny – równolegle odbywało się szkolenie młodzieży. W oparciu o spójny program rozwijały się ośrodki myślenia o futbolu, takie jak Coverciano, trwał ferment intelektualny.

Czy była szansa, by po rejteradzie Sousy wprowadzić gruntowne reformy w polskim futbolu?

Nie tylko moim zdaniem (w „Stałych fragmentach” cytuję opinię Michała Treli) po odejściu Czesława Michniewicza był czas, by – po korzystnym losowaniu w eliminacjach do EURO 2024 i powiększeniu liczby uczestników tego turnieju – rozpocząć ową rewolucję, dokonując zarazem spokojnej wymiany pokoleniowej w kadrze z myślą o budowie drużyny na mundial 2026. Niestety do tego nie doszło, oczywiście z powodu nietrafionego wyboru selekcjonera. Od długofalowego planu ważniejsze okazało się doraźne uspokojenie nastrojów.

Po konferencji z udziałem prezesa Kuleszy i selekcjonera Probierza trudno być optymistą. Narracja: „nie dokonam rewolucji”, „liczy się awans na EURO”. Cóż, cel uświęca środki? Przecież to krótkowzroczne.

W rzeczy samej. Zatrudnienie Probierza jest momentem, w którym mówimy „ratujmy, co się da”, awansujmy jakoś na to EURO, ale jeśli chodzi o dłuższą perspektywę, to – jak Scarlett O’Hara – pomyślimy o tym jutro.

Mnie zaimponowała praca Roberto Martineza w Belgii, który konsultował się z trenerami drużyn młodzieżowych, nadzorował cały futbol reprezentacyjny. Taka wymiana doświadczeń między trenerami jest konieczna, tym bardziej że Polska ma potencjał. Nie tak dawno zachwycaliśmy się reprezentacją U-17 Marcina Włodarskiego.

Notabene Martinez był wymieniany w gronie potencjalnych kandydatów do zastąpienia Michniewicza… Ostatnio napisałem duży tekst dla „Tygodnika Powszechnego”, w którym próbuję zestawić stan naszego futbolu ze stanem naszego państwa. Widzę zbieżność w tym myśleniu na krótką metę z horyzontem nieprzekraczającym jednej kadencji – Sejmu czy zarządu PZPN. I w tej koncentracji na sprawach wizerunkowych. Myślę, że one były rozstrzygające przy wyborze Santosa.

Magia nazwiska, światowiec itd?

A przecież należało zadać sobie pytanie, czy ten selekcjoner zagwarantuje nam rozwój, czy raczej zdecyduje się na kontynuację pragmatyzmu, który widzieliśmy już za czasów poprzednika. W gruncie rzeczy, choć to schlebia Michniewiczowi, jego wizja gry była w dużej mierze zbieżna z filozofią Santosa.

Ostatnio skonstatował pan, że obecny trener Tottenhamu Ange Postecoglou uosabia „nietoksyczną męskość”. Przyznał pan też, że dawno nie widział kogoś takiego w futbolu, tymczasem czytając w książce rozdział o Carlo Ancelottim, utwierdziłem się w przekonaniu, że Włoch również ma taki charakter. Emanuje spokojem, woli rozmawiać o… jedzeniu niż taktyce. Moim zdaniem otoczył ojcowską opieką Viniciusa, szczególnie było to widoczne po skandalu na Mestalla. Dodajmy, że w Realu wymiana pokoleniowa dokonuje się bez konfliktów. To też siła perswazji Ancelottiego, jego wymiar ludzki jest ujmujący?

Jak najbardziej. Pewnie dlatego poświęciłem Ancelottiemu rozdział. Fascynacja sposobem, w jakim pracuje Włoch, towarzyszy mi zresztą od lat. Swego czasu miałem przyjemność napisać posłowie do jego biografii wydanej przez SQN. A co do Postecoglou: kibicuję Tottenhamowi i przez ostatnich kilka lat musiałem znosić toksyczne postaci pełniące rolę szkoleniowca tej drużyny. A to jest częste w relacji kibic-trener i piłkarze-trener, że ten ostatni staje się figurą ojca, autorytetu, mentora – kogoś, kto wyznacza kierunek, w jakiś symboliczny sposób opiekuje się nami. Poprzednik Postecoglou, Antonio Conte, na ostatniej konferencji prasowej obwiniał wszystkich, nie potrafił zdobyć się na autorefleksję, mam w pamięci też, jak doszło do jego konfrontacji z Thomasem Tuchelem. O Mourinho szkoda gadać…

Wymowna była sytuacja, którą opisał pan na początku rozdziału o Dele Allim. Mourinho obwiniał tego piłkarza za stratę gola z powodu jego nonszalancji. Chciał zagrać efektownie, niestety rywal zabrał mu piłkę, jednak zanim Stoke zdobyło bramkę, nastąpiła długa sekwencja zdarzeń, więc te pretensje do Dele Allego były niezrozumiałe, ale pokazywały charakter trenera?

Cieszę się, że pyta pan o takie kwestie, bo dla mnie w rozmowach o futbolu istotne jest to, żebyśmy umieli zatrzymać się przy relacjach: między trenerem a piłkarzami, między samymi piłkarzami, także między piłkarzami a kibicami. Owszem, warto poświęcać uwagę taktyce czy wątkom polityczno-ekonomicznym, takim jak sportswashing, ale dla mnie najbardziej interesujące są właśnie relacje. Uświadomiłem to sobie po pana pytaniu.

Możemy wspomnieć w tym kontekście o postaci angielskiego selekcjonera, Garetha Southgate’a: w książce przywołuję jego „List do drogiej Anglii”, wspominam też o tym, jak Southgate odradza piłkarzom przeglądanie po meczu wpisów w mediach społecznościowych. To też jest figura ojca…

Czytając rozdział o Dele Allim, dochodzimy do smutnego wniosku, że kibice są w swoich ocenach często powierzchowni, brakuje im empatii. Nie zdają sobie sprawy, jak traumatyczne dzieciństwo może determinować dalsze losy piłkarza.

To jest wstrząsająca historia na wielu płaszczyznach. Dele był w stanie wyrwać się ze straszliwego świata, w którym już jako dziecko zetknął się z uzależnieniem i przemocą w domu, był molestowany seksualnie, poznał uliczny świat pełen agresji i narkotyków. Futbol choć na jakiś czas pozwolił mu wyrwać się z koszmaru. Później jednak problemy wróciły: gdy w Tottenhamie zmienił się trener, gdy przestało mu się wieść na boisku, w dziwnym, pandemicznym czasie uzależnił się od tabletek nasennych. A nie przestał być surowo, okrutnie wręcz oceniany przez ludzi, którzy o tym, co się z nim dzieje, nie mieli pojęcia…

Troska o zdrowie psychiczne w futbolu na szczęście nie jest już tematem tabu. W ostatnim czasie przekonał się pan o tym, obserwując kłopoty Richarlisona.

Tak, widzieliśmy, jak Brazylijczyk schodził z boiska podczas meczu reprezentacji we łzach i przyznawał, że po powrocie do Anglii musi poprosić o pomoc psychologiczną. Mówił, że na jego grę mają ogromny wpływ problemy pozaboiskowe – że od miesięcy otaczają go ludzie, dla których jest tylko workiem pieniędzy.

Postecoglou mówił o tym wszystkim na jednej z przedmeczowych konferencji prasowych. Podkreślał, że zadaniem trenera jest stworzenie dla piłkarzy bezpiecznego środowiska. On oczywiście nie jest psychologiem czy psychoterapeutą, jest świadom własnych ograniczonych kompetencji, ale stara się pomóc zawodnikowi w zachowaniu równowagi między życiem prywatnym a pracą. Trzeba mieć świadomość, że problemy życiowe występują wszędzie, nawet w futbolowej bańce, wśród ludzi, którzy doskonale zarabiają i są bardzo popularni, ktoś może cierpieć z powodu choroby kogoś bliskiego czy kryzysu w związku. Trzeba widzieć piłkarzy jako ludzi i zgłębić istotę relacji, jaka łączy nas, czyli kibiców z nimi.

A propos tych bezwzględnych wymagań, pobieżnych ocen, ciekawie pisze pan o mediach społecznościowych. Z jednej strony mamy bowiem platformę do konstruktywnej debaty, w której nie piętnuje się symetrystów, ścierają się różne poglądy, wychodzimy z baniek, jednak zarazem w social mediach występuje zwielokrotnienie hejtu, czego doświadczył chociażby Harry Maguire, ale też reprezentanci Anglii: Saka, Sancho czy Rashford po finale EURO 2020.

Tak, o wspomnianej sytuacji z trzema czarnoskórymi graczami angielskiej kadry, którzy byli obrażani na tle rasowym, pisałem w książce, ale muszę przyznać, że gdybym kończył „Stałe fragmenty” nieco później, to uwzględniłbym w nich casus Maguire’a. Hejt, jaki go spotyka, jest niewspółmierny z jakąkolwiek realną oceną jego umiejętności. Może chodzi o to, że ma dużą głowę, wydaje się niezgrabny, ale na Boga: jakie to ma znaczenie?!

Niepokoić może banalizacja hejtu. Słowa ranią, ale przecież prześmiewcze memy zbyt często postrzega się jako coś niewinnego.

Jasne, dodajmy, że genezą hejtu może być też to, iż Manchester United zapłacił za Maguire’a fortunę, ale to przecież nie jest wina piłkarza. Hejt z powodu błędów jest absurdem. Zgadzam się, że obie tendencje występują jednocześnie. Zastanawiam się też czasami, na ile możliwa jest debata w świecie futbolu z hejterami, a na ile to pobożne życzenie.

Hejt należy ignorować? Jakakolwiek reakcja rozzuchwala hejtera, o to mu chodzi, by przyciągnąć uwagę i non stop polaryzować?

Widząc hejt spadający np. na Maguire’a, zastanawiam się jednak, czy warto konfrontować się z hejterami. Może warto? Zapytać, co wkurza tych ludzi i uświadomić im, co robią z tym swoim gniewem? Wydaje mi się, że kilka razy udało mi się to podczas dyskusji na Twitterze. Wiara, że możliwy jest dialog z drugim człowiekiem, że warto próbować pokazywać świat nie tylko w czerni i bieli, mnie osobiście napędza do pisania.

Nie możemy też generalizować i uważać, że margines jest grupą reprezentatywną. W polskiej przestrzeni publicznej, o czym pisze pan w swojej poprzedniej książce, są osoby uprzedzone do futbolu, jak chociażby Magdalena Środa, która upraszcza rzeczywistość, uznawszy, że każdy kibic to troglodyta. Chcę teraz przejść do rozdziału o Pele i Garrinchy. Obecnie modne jest dbanie o PR, jak najlepszy wizerunek. Może nawet Pele w futbolu był prekursorem tego, co dziś jest powszechne. Rzecz jednak w tym, że od początku istnienia futbolu kibice mieli potrzebę utożsamiania się z bohaterami niedoskonałymi, ze słabościami. Przejmująco opisuje pan też historię Gascoigne’a, który zachowywał się często infantylnie, ale dawał Anglii radość niesztampową grą, pełną finezji, co było przeciwwagą dla wcześniej siermiężnego wyspiarskiego futbolu i stanowiło przełom.

Pisząc o Pelem, myślałem trochę o przekleństwie supermenów: ludzi, którzy wydają się absolutnie doskonali albo ich doskonałość kreują kampanie reklamowe firm, płacących krocie za ich wizerunek. To przekleństwo polega na tym, że supermeni nie są prawdziwie kochani. Prawdziwym uczuciem kibice darzą ludzi z krwi i kości, takich jak Garrincha czy Błaszczykowski.

O Kubie jeszcze wspomnimy… Odnosząc się do relacji, mamy też do czynienia z napięciami między kibicami a piłkarzami kreowanymi na idoli. Przez lata szczególnie ciekawe było przeciwstawianie Maradony Messiemu. Diego zyskał uznanie narodu jako pibe, piłkarz uliczny, natomiast Leo był „pecho frio”, zimną piersią, tym grzecznym, pozbawionym cech przywódczych. Jednak na pewno rodacy źle go oceniali także z uwagi na introwertyzm.

Ponadto Messi pochodził z klasy średniej, nie zaznał biedy. Szybko wyjechał z Argentyny, nigdy nie grał w tamtejszej lidze. Chociaż przecież też nie miał łatwo, musiał przyjmować hormony wzrostu, by rozwijać się fizycznie. Dopiero po mundialu w Katarze i wcześniejszym o rok Copa America, można powiedzieć: na ostatniej prostej, Argentyńczycy go pokochali. Może dlatego, że dostrzegli, że za chwilę już go nie będzie?

A wchodząc na polski grunt, czy też znajdziemy takie historie piłkarzy niekochanych mimo swojej wielkości? Mnie na myśl przychodzi casus Kazimierza Deyny, który był wygwizdywany na Stadionie Śląskim, a współcześnie? 

Zastanawia mnie dystans, jaki zaczęliśmy odczuwać w stosunku do Roberta Lewandowskiego. Niedawno przechodził największy, ale zarazem pierwszy tak naprawdę sportowy kryzys w karierze. Obcując z głosami w mediach społecznościowych, odnoszę wrażenie, że naród odwraca się od Roberta Lewandowskiego. Tymczasem od Jakuba Błaszczykowskiego naród nie odwrócił się nigdy… Nawet gdy był w gorszej formie, miał kłopoty zdrowotne, nie grał wiele miesięcy, każdy jego powrót był witany entuzjastycznie, a pożegnanie z reprezentacją na Stadionie Narodowym było niezwykle emocjonalne.

Opisywał pan w poprzedniej książce, z jaką troską Błaszczykowski traktował umierające dziecko, grając z nim w chińczyka. Nie robił tego dla poklasku, nie szukał rozgłosu… A co do Lewandowskiego, nie chcąc uczestniczyć w nagonce na niego, zaznaczmy, że kibiców może irytować to, iż kapitan reprezentacji zwykł wypowiadać się jak dyplomata. Widać, że współpracuje ze sztabem PR-owców, a gdy już otworzył się i stanowczo odniósł się do afery premiowej, atakując ad personam Skorupskiego, uderzył w morale drużyny. Poza tym LaLiga jest pewną bańką, większość kibiców patrzy na Lewego przez pryzmat występów w reprezentacji. Skoro te są rozczarowujące, mówiąc oględnie, nie dziwi, że opinia publiczna jest mu nieprzychylna…

Pełna zgoda.

W pana książce zaciekawił mnie fragment o Guardioli w kontekście rozważań o tym, czy gdyby on nie wygrał Ligi Mistrzów z Manchesterem City, to zasadne byłoby kwestionowanie tego, że jest najlepszym trenerem na świecie. Takie podejście wynika moim zdaniem z kultu wyników, o czym pan zresztą pisze. Pamiętamy mecz z Realem, w którym City, dominując niesamowicie w pierwszej połowie, wygrało 4:0, ale to był półfinał. Zatem czy gdyby w finale The Citizens przegrali, co wcale nie było wykluczone, moglibyśmy podważyć kompetencje Guardioli? Uderzające jest to, że on cały czas chłonie nowe idee, znamienne, że lubi zasięgać opinii osób, które nie odnosiły sukcesów jak Bielsa, Lillo (pokonał jego Almerię 8:0), De Zerbi. Powinniśmy docenić wizjonerstwo Guardioli, to, że jest ideologiem piłki nożnej. Pan przywołuje ewolucję Stonesa, można podać wiele takich przykładów: rewolucja w grze bocznych obrońców, schodzenie do rozegrania. Widzimy to w Barcelonie, ukształtowany przez Pepa Cancelo w fazie ofensywnej jest dodatkowym środkowym pomocnikiem, który wzmacnia druga linię Barcy. Dla mnie więc niezrozumiałe jest to podważanie kunsztu Guardioli i bagatelizowanie jego rewolucyjnego wkładu w rozwój futbolu.

W pełni to podzielam. Co więcej: podnosząc tę kwestię, odczytuje pan moje credo. W „Świetle bramki” cytuję obszerne fragmenty wywiadu Juanmy Lillo z kwartalnika „The Blizzard”. „To droga jest celem”, brzmi motto tego nauczyciela i współpracownika Pepa Guardioli, brzmiące jak fraza Lao-Tsy.

Wyobraźmy sobie, że w wyścigu kolarskim mający ogromną przewagę nad pozostałymi lider nagle się wywraca i co wtedy? Czy ta wywrotka przekreśla cały wyścig, w którym tak świetnie jechał? Tym, co nas wzbogaca, jest sama gra, a nie wynik – twierdzi Lillo. Mówi: „wynik to tylko kilka cyfr. Zobacz, wskaźnik urodzin rośnie, czy to nas wzbogaca?”. Podkreśla, że ważny jest proces, który prowadzi do tego, że rodzi się nowe dziecko. Że spełnienie bierze się z tego procesu. Możemy, gdy rodzi się dziecko, rozmawiać o wadze, wzroście, skali Apgar, ale co nam to powie o tych dziewięciu miesiącach ciąży, albo o tym, że wcześniej dwoje ludzi się kochało, że połączyła ich jakaś relacja? Gdy rozmawiamy o suchym wyniku, okaleczamy się w sposób niezwykły. „Dyskutować możesz o grze, a nie o samych wynikach”, to kolejna konstatacja Lillo. I trudno z tym polemizować, przecież nie kupujemy gazety, by przeczytać listę wyników, nie idziemy na stadion, by popatrzeć w ostatniej minucie na tablicę z wynikiem. Obserwujemy cały proces.

Katalończyk więc zasmucił ignorantów?

Tak się złożyło, że Guardiola znów wygrał Ligę Mistrzów, ale nawet gdyby przegrał, broniłbym jak lew tezy, że jest najwybitniejszym trenerem naszych czasów. Przecież on zainspirował swoim nowatorskim spojrzeniem na futbol całe pokolenie trenerów. I nigdy nie spoczywał na laurach, nieustannie swój pomysł na grę udoskonalając, rozwijając, uciekając do przodu – kilka przykładów wyliczył pan przed chwilą. Towarzyszę mu całe życie: jest moim rówieśnikiem, to rocznik 1971. Pamiętam go jako młodego piłkarza, uczestnika IO w Barcelonie w 1992 roku. Uczył się od proroków i wizjonerów futbolu, Bielsy czy Lillo, ale miał na tyle samoświadomości, by ich radykalizm okiełznać i wygrywać, jak nikt przed nim.

Nie byłoby złotej ery Barcelony właśnie bez Guardioli, więc przejdźmy do klubu z Katalonii. Pisze pan w książce o upadku mitu „mes que un club”. Jest w tym wiele racji, ale zwróćmy uwagę na to, że Barcelona wciąż ma tożsamość – piłkarską (dziedzictwo Cruyffa) i narodową (nacjonalizm kataloński). Jest tam też forma demokracji, kibice wybierają prezesa, a Xavi daje nadzieję milionom cules…

Jeśli chodzi o tożsamość, zawsze warto zadać sobie pytanie: czy nasz klub ma duszę? Ja miałem wątpliwości w przypadku Tottenhamu, gdy trenerami byli Antonio Conte i Jose Mourinho… Na Barcelonę patrzę z zewnątrz, bez stosunku emocjonalnego. Myślę, że odejście Messiego było wstrząsem, ale nie czarujmy się: w pewnym momencie Argentyńczyk był większy niż klub, co nie było normalne.

Słynny „faraoński” kontrakt…

Wspomina pan o demokracji, ale trzeba mieć na uwadze, że swego czasu wybory wygrał Josep Bartomeu, który zachowywał się jak sabotażysta. Śledzenie klubowych legend, by robić im czarny PR, to było przekroczenie granicy, absolutny skandal. Do tego dochodzi absurdalna polityka transferowa.

Możemy tu wymienić transfery Griezmanna, Coutinho i Dembele, którzy na Camp Nou się nie sprawdzili, a kosztowali w sumie ponad 300 mln euro. Jednak upieram się, że jest w tej Barcelonie pewien romantyzm. Gdy Xavi powiedział na pierwszej konferencji w roli trenera: „Wszyscy jesteśmy dziećmi Johana”, oczarował nostalgików?

Pytanie, na ile to jest stan faktyczny, a na ile retoryka. Prawdę mówiąc, Xavi w swoim pierwszym sezonie zaprezentował się jako trener pragmatyczny.

To niezbyt estetyczne unocerismo… Teraz jednak Barcelona zaczyna grać efektownie, nowi piłkarze: Joao Cancelo, Joao Felix i Ilkay Gundogan już teraz stanowią o jej sile ognia. Kończąc wątek Barcelony, może trzeba pogodzić się z tym, że teraz już nie da się być w stu procentach pryncypialnym. Cytuje pan hiszpańskiego pisarza, który w swojej powieści zawarł prorocze słowa.

Muszę przyznać, że użycie tego cytatu z Manuela Vazqueza Montalbana przyniosło mi największą radość podczas pisania rozdziału o Barcelonie. Gdy 35 lat temu ów prozaik pisał powieść „Środkowy napastnik zginie o zmierzchu”, zdanie o szejkach, którzy wywożą wszystkich dobrych piłkarzy na pustynię, żeby tworzyć tam niezwyciężone drużyny na zamówienie, brzmiało kompletnie nieprawdopodobnie.

Przejdźmy do Superligi, fiasko tych rozgrywek możemy uznać za triumf kibiców, którzy protestując, wywarli naciski na kluby? Oni nie chcą gry w, jak to określił Rafał Stec, elicie elit, dla nich futbol to też zimne wieczory w Stoke… Widzieliśmy chyba ich siłę sprawczą, działali jak społeczeństwo obywatelskie?

Możni europejskiego futbolu źle ocenili rzeczywistość. Nie zrozumieli istoty tego sportu. Oczywiście świat dynamicznie się zmienia, futbol także nie może się temu opierać, ale  problem zdiagnozowano doprawdy fatalnie. Florentino Perez np. argumentował, że nowy format europejskich pucharów jest konieczny, by młodzież zupełnie nie zniechęciła się do futbolu. To jest złożona sprawa, coraz mniejsze zainteresowanie młodych piłką może wynikać z ich słabnących zdolności percepcyjnych, nadmiaru bodźców, tego, że nie są w stanie skupić się przez dłuższy czas na jednej rzeczy. Ale Superliga, w której bez przerwy gra ze sobą kilka drużyn, nie jest odpowiedzią.

Zastanawiam się, czy odpowiedzią może być promowane przez Gerarda Pique Kings League…

Tak, pisze pan o tym w książce, niemniej według mnie to jest show, z różnymi bonusami, a nie prawdziwa rywalizacja. Chyba nie tędy droga?

A może my jesteśmy dinozaurami? Wiem, że dzieci żyjące w erze Tik-Toka, coraz częściej wybierają taką rozrywkę. Choć dla mnie już za późno na zmianę upodobań.

Myślę, że rzecz w tym, by wprowadzać zmiany, ale z umiarem. VAR np. był pomysłem, jakby nie patrzeć, rewolucyjnym, ale zmienił futbol na lepsze.

Tak, pamiętamy też, jak zdynamizował grę zakaz łapania przez bramkarza piłki po podaniu od kolegi. Tęsknię trochę za zasadą premiującą w pucharach gole strzelone na wyjeździe…

Tych pomysłów jest całkiem sporo, ot choćby idea Arsene’a Wengera, by zliberalizować odgwizdywanie spalonego i  uznać, że piłkarz jest na ofsajdzie dopiero wtedy, gdy całym ciałem przekroczy linię między bramkarzem a ostatnim graczem z pola rywali. To akurat, zgodzimy się, byłoby osobliwe, niemniej rzecz w tym, by pewne podstawy w futbolu przetrwały. Jerzy Pilch wiele lat temu w jednym z felietonów napisał trafnie, że siła futbolu tkwi w jego konserwatyzmie. Wracając do Superligi, uważa pan, że to pomysł karkołomny, ponieważ twórcy tych rozgrywek nie zważali na tożsamość, która jest istotna w futbolu?

Tak, takie rozgrywki mogłyby wpłynąć negatywnie na relacje łączące kluby z kibicami. Tożsamość to jedna z najpiękniejszych rzeczy w futbolu. Staje się to oczywiste, gdy spojrzymy na mniejsze kluby.

No to popatrzmy na Luton z bliskiej panu Premier League.

To doskonały przykład. Jestem ekspertem Viaplay i z bliska przyglądam się tam pracy reporterskiej Jakuba Krupy. Pamiętam jego rozmowę z historykiem futbolu z Manchesteru, dr. Garym Jamesem, o rywalizacji tamtejszych klubów. Pamiętam jego wizytę w Luton, gdzie odwiedził miejscową kapeluszniczkę. Zewsząd zalewa nas modern football, ale od czasu do czasu widzimy, o co w tym sporcie naprawdę chodzi.

A co ze sportswashingiem, opisywał pan to zjawisko szczegółowo w relacjach z mundialu w Katarze, co oczywiste. Do niedawna ze zgrozą obserwowaliśmy transferową ofensywę Arabii Saudyjskiej. Znamienna jest historia Jordana Hendersona, który dotąd solidaryzował się z osobami LGBT+, a teraz trafił do kraju, w którym orientacja seksualna jest przyczyną dyskryminacji?

Przeczytałem wywiad z nim w portalu „The Athletic”. Symptomatyczny był fragment tej rozmowy, gdy dziennikarz zapytał byłego gracza Liverpoolu, jak by się czuł, gdyby był osobą LGBT+ mieszkającą w Arabii Saudyjskiej i usłyszał, że piłkarz, który niedawno stawał w jego obronie, postanowił zatrudnić się u jego prześladowców. Zaległa przejmująca cisza…

Bartłomiej Najtkowski

Dodaj komentarz

Zacznij bloga na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑