Każdy fan futbolu interesujący się historią mundiali zna opowieść o reprezentacji Korei Północnej, która niespodziewanie zagrała na mistrzostwach świata w 1966 roku i sensacyjnie doszła w nich aż do ćwierćfinału, gdzie po ciężkim boju musiała uznać wyższość Portugalii z Eusebio w składzie. Nie wszyscy mają jednak równie dobrze opanowane dzieje turniejów piłkarskich na igrzyskach olimpijskich. W historii polskiej piłki nożnej odnaleźć możemy dwa oficjalne spotkania z drużyną Koreańskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej, oba w słusznie minionej epoce PRL-u. Do pierwszego z nich doszło właśnie na igrzyskach olimpijskich w Montrealu w 1976 roku.
Bajkowa historia
Reprezentacja Korei Północnej pierwsze mecze rozgrywała jeszcze w latach 50., niedługo po zakończeniu wojny koreańskiej. I choć północnokoreańska federacja członkiem FIFA została już w 1958 roku, to długo nie uczestniczyła w eliminacjach do Pucharu Azji czy mistrzostw świata. Pierwszym turniejem, w którym KRLD próbowała wziąć udział były igrzyska olimpijskie w Tokio w 1964 roku. Koreańczycy w eliminacjach radzili sobie całkiem nieźle – wygrana i remis z Mjanmą (Birmą) oraz dwa zwycięstwa nad Tajlandią. Jednak ze względów politycznych, drużyna piłkarska została wycofana z kwalifikacji. Zebrane doświadczenie zaowocowało jednak w 1965 roku. Wiele czynników złożyło się na awans Koreańczyków na angielski mundial. FIFA przyznała drużynom z Afryki, Azji i Oceanii tylko jedno miejsce w 16-zespołowej stawce finalistów. Większość reprezentacji z tych stref postanowiła zbojkotować kwalifikacje. Na placu boju pozostały tylko dwa zespoły: Australia i Korea Północna. Socceroos lekceważąco podeszli do starcia z nieznanym sobie rywalem, za co zostali mocno skarceni. W dwumeczu przegrali aż 2-9 i to szybcy oraz wybiegani Koreańczycy pojechali do Anglii. Zainteresowanym tematem udziału KRLD na mundialu w 1966 roku polecam brytyjski film dokumentalny z początku XXI wieku pt. „The Game of Their Lives”. Filmowcy z Europy, po kilkuletnich staraniach, otrzymali pozwolenie na wjazd do KRLD i rozmowę z bohaterami tamtego turnieju.
Dla tej historii istotne jest wyjaśnienie pewnego faktu. Wbrew wielu insynuacjom, Koreańczycy po powrocie nie zostali wtrąceni do więzień lub obozów pracy za libację alkoholową po zwycięskim meczu z Włochami. A przynajmniej nie wszystkich piłkarzy spotkał taki los. W Pjongjangu reprezentanci zostali odznaczeni medalami przez samego Kim Ir Sena. Jednym z niewątpliwych bohaterów tamtego turnieju był Pak Doo-ik, strzelec zwycięskiej bramki w meczu z Italią. Krótko po powrocie do kraju zakończył karierę piłkarską, mając zaledwie 23 lata. W KRLD był osobą powszechnie znaną. We wspomnianym wcześniej brytyjskim dokumencie mówił: „Jeśli popełniłbym wykroczenie drogowe i policjant zobaczyłby na moim dowodzie nazwisko Pak Doo-ik, od razu by mnie wypuścił”. Wkrótce został trenerem i w latach 70. otrzymał posadę selekcjonera reprezentacji narodowej. To właśnie pod wodzą Pak Doo-ika, Koreańczycy z Północy zdołali wywalczyć kwalifikację do piłkarskiego turnieju olimpijskiego. Miał to być ich dopiero trzeci start na jakimkolwiek oficjalnym turnieju międzynarodowym – po mundialu w 1966 roku oraz igrzyskach azjatyckich w 1974 roku, na których KRLD zajęła czwarte miejsce.
Od ekstazy do żałoby
W 1976 rok reprezentanci Polski weszli z ciężkim bagażem doświadczeń poprzedniej jesieni. Mistrzowie olimpijscy i srebrni medaliści mistrzostw świata nie zdołali się zakwalifikować na mistrzostwa Europy rozgrywane w czerwcu 1976 roku w Jugosławii. Wyjazdowa porażka 0-3 z Holandią położyła się cieniem na całej reprezentacji i jak się wydaje, była przełomowym (w negatywny sposób) momentem kadencji Kazimierza Górskiego. Szukanie przyczyn klęski w Amsterdamie zajęło kolejne miesiące i lata. Jednym z czynników miało być uczestnictwo rodzin piłkarzy w tym wyjeździe. W książce „Pół wieku z piłką” selekcjoner Górski wspominał:
Do Holandii miały lecieć z nami żony. Niby nic wielkiego – przed meczem były z nami zaledwie kilka godzin. Na lotnisku i w samolocie. Ale w czasie ostatnich dni zgrupowania zawodnicy każdą wolną chwilę spędzali przy telefonach. Pomagali załatwiać paszporty, wizy, udzielali rad… Zrobiło się małe zamieszanie. Co zrobić z dzieckiem, gdzie zdobyć formularze, jaki jest plan pobytu w Holandii… Nagle wytworzył się jakiś inny nastrój. Zamieszanie zamiast zwykłego, przedmeczowego skupienia. Mecz był gdzieś daleko, na drugim planie.
Podobnie gorzkie przemyślenia miał po latach Andrzej Szarmach, który w swojej biografii pt. „Diabeł nie anioł” mówił:
Miesiąc później [po wygranej 4-1 w Chorzowie – K.P.] do Amsterdamu zajechał cyrk. My, nasze żony, działacze, dziennikarze i stado menadżerów – jedna wielka wycieczka. Byliśmy niesamowicie pewni siebie. Wysoko uniesione głowy, głuche na słowa Górskiego, który zawsze powtarzał: – Najpierw coś pokaż, coś zagraj, a potem będziesz mógł się cieszyć. Trochę pokory nie zaszkodzi. Nam tej pokory wtedy brakowało
Remis w ostatnim meczu eliminacyjnym z Włochami w Warszawie potwierdził fakt, że kadra znajduje się w kryzysie. Przed wyjazdem do Montrealu Polacy rozegrali pięć spotkań towarzyskich, z których wszystkie zakończyły się porażką biało-czerwonych. O ile przegrane z Argentyną i Francją można było zrozumieć, o tyle uznanie wyższości Grecji, Szwajcarii czy Irlandii przyszło polskim kibicom z dużym trudem. Mimo tej bardzo słabej serii meczów bez zwycięstwa opinia publiczna stawiała podopiecznym Górskiego tylko jeden cel – złoty medal olimpijski.
Polacy w Korei Północnej
W ramach przygotowań do turnieju olimpijskiego Korea Północna rozegrała sparing z reprezentacją… Polski. A tak właściwie Polską B pod wodzą Ryszarda Kuleszy. Drugi zespół narodowy w połowie czerwca 1976 roku udał się na torunée po Korei Północnej. W ciągu pięciu dni Polacy rozegrali trzy spotkania. W pierwszym z nich zmierzyli się właśnie z podopiecznymi Pak Doo-ika. Mecz w Pjongjangu, rozgrywany na piaszczystej płycie tamtejszego stadionu, zakończył się zwycięstwem Polski B 3-1. Na listę strzelców wpisali się wówczas Wiesław Korek z Odry Opole, Kazimierz Szachnitowski z GKS-u Tychy oraz Tadeusz Pawłowski ze Śląska Wrocław. Warto wspomnieć, że w tym meczu wystąpili również m.in. Mirosław Bulzacki czy Paweł Janas, a więc kolejno medaliści mistrzostw świata z Republiki Federalnej Niemiec oraz Hiszpanii.
Oprócz spotkania z pierwszą reprezentacją Korei Północnej Polacy rozegrali również sparingi z wojskowym zespołem KRLD (przegrany 0-2) oraz reprezentacją Pjongjangu (zremisowany 0-0). Według dziennikarza Grzegorza Stańskiego, który relacjonował pobyt Polaków na półwyspie Koreańskim dla katowickiego Sportu:
Polscy zawodnicy tak bowiem zaimponowali swoją grą w pierwszym meczu w stolicy kraju, jak też postawą poza boiskiem, iż Koreańczycy chcieli wydłużyć wizytę Orląt z jednego tygodnia do trzech, oferując nie tylko możliwość rozegrania kolejnych spotkań, ale również pokazanie uroków swojego pięknego kraju i zorganizowanie parodniowego urlopu dla wszystkich członków ekipy. Niestety ta nęcąca próba ze względu na zakontraktowany w Polsce mecz z Finlandią, tudzież zobowiązania zawodników wobec klubów, niestety nie mogła zostać przyjęta
Turniej olimpijski
Tuż przed rozpoczęciem turnieju doszło do sporego zamieszania. Bojkot igrzysk ogłosiły afrykańskie reprezentacje (m.in. Algieria, Etiopia, Ghana, Kenia czy Zambia), które w ten sposób protestowały w sprawie dopuszczenia do walki o medale sportowców z Nowej Zelandii. Osią sporu okazał się wyjazd nowozelandzkich rugbistów do Republiki Południowej Afryki, a więc państwa stosującego politykę apartheidu. Dodatkowo miejsce Urugwaju zajęła teoretycznie słabsza Kuba. Zamiast 16 drużyn, w imprezie ostatecznie wzięło udział 13 drużyn narodowych. Zarówno Polska, jak i Korea Północna, grały w grupach trzyzespołowych.
Dla Koreańczyków turniej ułożył się zgodnie z planem. Po zwycięstwie z gospodarzami igrzysk – amatorami z Kanady – 3-1, przyszła porażka ze Związkiem Radzieckim 0-3. Wyjście z grupy można było uznać za sukces zespołu Pak Doo-ika. Natomiast dla Polaków faza grupowa okazała się morderczą przeprawą. W pierwszym meczu z Kubą padł ledwie bezbramkowy remis. „Panowie, miejcie przynajmniej wzgląd na królową angielską, która po uroczystości otwarcia, specjalnie została na meczu, by podziwiać zwycięzców Anglii” – miał nawoływać do zawodników w przerwie spotkania Jan Maj, ówczesny prezes PZPN – „Książę małżonek wyraził życzenie uściśnięcia dłoni po zawodach trenerowi i kapitanowi drużyny, jak się obaj Kazie pokażą mu na oczy?”. Taka motywacja niczego nie zmieniła. To Kubańczycy byli bliżej zdobycia zwycięskiej bramki. Polacy tylko i wyłącznie błędnej decyzji arbitra mogli zawdzięczać korzystny z tego punktu widzenia wynik.
W meczu o wszystko podopieczni Kazimierza Górskiego mierzyli się z Iranem. Po raz kolejny w grze biało-czerwonych dominowała apatia. Zła atmosfera w drużynie rzutowała na boiskowe poczynania zawodników. Do przerwy Irańczycy prowadzili 1-0 i Polakom realnie groziło odpadnięcie z turnieju. W szatni swoim pesymizmem z zawodnikami postanowił podzielić się selekcjoner: „Może to i lepiej, jeśli zakończymy karierę, zamiast się dłużej męczyć”. Sprawy w swoje ręce postanowił wziąć kapitan drużyny, Kazimierz Deyna: „Panowie, daję wam i sobie też, kwadrans czasu na odwrócenie wyniku (…) czy wy sobie możecie wyobrazić porażkę z Iranem?”. Taka motywacja odniosła pewien pozytywny skutek. Polska, po bardzo trudnej drugiej połowie, odrobiła straty i wygrała 3-2. Obrońcy złotego medalu olimpijskiego awansowali do ćwierćfinału, gdzie czekała na nich reprezentacja Korei Północnej.
Polskie przebudzenie
Przystępując do starcia z Koreańczykami, Polacy byli stawiani w roli murowanych faworytów. Mecz o awans do strefy medalowej został rozegrany 25 lipca o godz. 21 czasu lokalnego. Ponad 40 tys. widzów zebranych na trybunach Stadionu Olimpijskiego w Montrealu oczekiwało na przebudzenie srebrnych medalistów mistrzostw świata. I tego przekonującego zwycięstwa się doczekali.
Względem rewanżowego meczu z Holandią w składzie reprezentacji Polski doszło do dwóch zmian – w linii obrony Władysław Żmuda zastąpił Mirosława Bulzackiego, a Lesław Ćmikiewicz wszedł w miejsce Roberta Gadochy. Natomiast w zestawieniu Koreańczyków w porównaniu do czerwcowego starcia z drużyną Kuleszy doszło do wielu zmian. Jedynie kilku piłkarzy (dwóch lub trzech – ciężko to ustalić ze względu na różnice w transkrypcji nazwisk koreańskich piłkarzy w raportach pomeczowych) zagrało w obu tych spotkaniach.
Trzeba przyznać, że samo spotkanie nie miało wielkiej dramaturgii, Polacy rozgromili Koreańczyków 5-0. Biało-czerwoni po raz pierwszy w tym turnieju odnieśli przekonujące zwycięstwo, niepozostawiając swoim rywalom żadnych złudzeń. Najaktywniejszym piłkarzem w tym meczu był zdecydowanie Andrzej Szarmach, który zdobył dwie bramki i zaliczył asystę. Ponadto przeprowadził niezliczoną ilość rajdów, które stwarzały realne zagrożenie pod bramką przeciwników. Trzeba również wspomnieć, że zmarnował kilka dogodnych sytuacji do podwyższenia wyniku – m.in. trafił w spojenie słupka z poprzeczką czy nie strzelił do pustej bramki z najbliższej odległości. Trzeba też odnotować, że przy stanie 2-0 czerwoną kartkę obejrzał An Se-uk, pomocnik zespołu koreańskiego. W 56. minucie spotkania, Koreańczyk został sfaulowany przez Władysława Żmudę w odległości ok. 25 metrów przed bramką Jana Tomaszewskiego. Gdy An Se-uk leżał na ziemi, podszedł do niego Antoni Szymanowski i odkopnął piłkę na bok. Zirytowany tym faktem Koreańczyk postanowił kopnąć polskiego obrońcę w kostkę. Austriacki arbiter, Paul Schiller, nie miał wyjścia i musiał odesłać piłkarza do szatni. Nie miało to jednak większego wpływu na wynik meczu. Dominacja Polaków była przytłaczająca i najlepiej oddaje ją statystyka strzałów – 34 do 11 ogólnie, 15 do 2 w uderzeniach celnych. Taki występ rozbudził nadzieje polskich kibiców, którzy nabrali przekonania, że obrona mistrzostwa olimpijskiego jest jak najbardziej realnym celem. Rzeczywistość okazała się jednak inna.
Epilog
Po porażce w finale olimpijskim z NRD, polscy piłkarze mogli przekonać się na własnej skórze jak bardzo rozczarowani z tego faktu są ich rodacy w kraju. Jak pisał Stefan Szczepłek:
Pierwszy sygnał piłkarze otrzymali już na Okęciu. Celnicy, którzy do tej pory biegali do zawodników po autografy, teraz bardzo dokładnie przetrząsnęli ich bagaże, niczego kompromitującego nie znajdując. Polska miała już nowych bohaterów – wspaniałych siatkarzy, więc wicemistrzów olimpijskich w piłce nożnej potraktowano jak przegranych
Niemal bezpośrednio po przylocie do Warszawy z funkcją selekcjonera piłkarskiej reprezentacji Polski pożegnał się Kazimierz Górski, który jeszcze przed igrzyskami był kuszony ofertami m.in. z Kuwejtu. Jego nowym domem okazały się jednak Ateny, a na następcę Górskiego wytypowany został Jacek Gmoch.
Natomiast dla Koreańczyków z Północy turniej olimpijski w Montrealu był początkiem ich bardzo udanego czterolecia, w ciągu którego osiągnęli jedne z największych sukcesów w swojej historii. W 1978 roku, już pod wodzą innego trenera, KRLD sięgnęła po złoty medal igrzysk azjatyckich w Tajlandii. Co ciekawe, zajęli pierwsze miejsce ex aequo z Koreą Południową, z którą w finale po dogrywce zremisowali 0-0. A dwa lata później, w 1980 roku, osiągnęli najlepszy wynik w historii swoich występów w Pucharze Azji. Na turnieju w Kuwejcie zajęli czwarte miejsce, ustępując na własnym kontynencie kolejno Kuwejtowi, Korei Południowej i Iranowi. Kolejna już utalentowana generacja piłkarzy z tego izolowanego państwa nie miała jednak swojej kontynuacji. Na następny wielki sukces na arenie międzynarodowej kraj rządzony przez dynastię Kimów musiał czekać aż do 2010 roku, kiedy to reprezentacja po raz drugi w historii zakwalifikowała się na piłkarski mundial.
Dodaj komentarz