Dzień meczowy inny niż zwykle. Jak Radomiak wracał do domu?

2674 dni lub jak kto woli siedem lat, trzy miesiące i dwadzieścia sześć dni. Dokładnie taki szmat czasu czekał Radomiak Radom na to, by znów rozegrać mecz w swoim domu mieszczącym się przy Ul. Struga 63. Brzmi trochę tak, jak historia, która jest mało realna, ale jednak w Radomiu przekonali się, że przeprowadzka na nowy stadion wcale nie musi wydarzyć się płynnie i w krótkim odstępie czasu. 

Pożegnanie i nadzieja na lepsze jutro 

Była deszczowa sobota 9 kwietnia, sezon rozgrywkowy 2015/16 w Polsce trwał w najlepsze, wszak runda wiosenna wystartowała kilka tygodni wcześniej. Grający wówczas w drugiej lidze i będący beniaminkiem na tym szczeblu rozgrywek Radomiak tego dnia jednak ligowego meczu nie grał. Z ligi wówczas wycofał się Okocimski Brzesko, a zatem mający wówczas rywalizować z zespołem z Małopolski radomianie mieli naturalnie pauzę. W takiej samej sytuacji znalazł się pierwszoligowy wówczas Stomil Olsztyn, gdyż z zaplecza Ekstraklasy zrezygnował Dolcan Ząbki. I dla Radomiaka i dla Stomilu korzystne było rozegranie meczu towarzyskiego i do takiego spotkania finalnie doszło, ale nie do końca była to zwykła rywalizacja w meczu towarzyskim. Duma Warmii przyjechała do Radomia na pojedynek, który miał oficjalnie zamknąć stary stadion i tak też się stało. Mecz zgromadził liczną grupę sympatyków, którzy przyszli pożegnać obiekt, który przecież przez lata dostarczał im mnóstwo wspomnień i wzruszeń.

Dlaczego obiekt zamykano? Ano dlatego, że kilka miesięcy wcześniej prezydent Radomia ogłosił na specjalnie zwołanej konferencji prasowej, że w przeciągu trzech lat przy Struga powstanie nowoczesny kompleks sportowy, w którego skład wejdzie hala widowiskowo-sportowa dla radomskich drużyn siatkarskich i koszykarskich i stadion na potrzeby Radomiaka. Nikt jednak nie przypuszczał, że na te obiekty nad Mleczną będzie trzeba czekać odpowiednio pięć i siedem lat. 

Ostatni mecz Radomiaka na stadionie przy ul. Narutowicz

Roman S. – fałszerz marzeń 

Przetarg na budowę kompleksu nazwanego Radomskim Centrum Sportu, wygrało konsorcjum firm ROSA-BUD i Maxto. Właścicielem tej pierwszej był radomianin, Roman Saczywko, o którym będzie szerzej w dalszej części tekstu.

Wyglądało na to, że prace na placu budowy trwały sprawnie, aż do momentu, w którym ich postęp przestawał być widoczny. Saczywko bowiem domagał się kolejnych środków od Miejskiego Ośrodka Sportu i Rekreacji, który to był zleceniodawcą inwestycji. Radomski przedsiębiorca zgodnie z prawem o zamówieniach publicznych złożył najniższą ofertę, która opiewała na kwotę 110 milionów i dzięki temu wygrał przetarg. W MOSiR-ze myśleli najwyraźniej, że złapali Pana Boga za nogi, bo zakładali, że do inwestycji trzeba będzie dołożyć około 30 milionów. Tymczasem na stole pojawiła się oferta sporo niższa. Nic tylko się cieszyć.

Co jednak okazało się później? Roman Saczywko w pewnym momencie przyszedł i powiedział, że za tyle to się jednak nie da i potrzebne będą dodatkowe miliony, a że tych potrzeba było więcej i więcej, to po wielu perturbacjach zleceniodawca MOSiR i Miasto Radom, zerwali umowę. Swoją drogą nieźle sobie to wykombinował budowlany biznesmen. Wygrał przetarg, oferując najniższą cenę, a później chciał wyciągać kasę na bieżąco, tłumacząc to choćby wzrostem cen na materiały budowlane.

Dziś już przeciwko przedsiębiorcy znanemu prokuraturze jako Roman S., toczy się postępowanie karne, a obiekty przy Struga dokończyła firma Betonox Construction z Sopotu, wyłoniona w kolejnym przetargu. 

Turbulencje ze szczęśliwym lądowaniem

Wspomniany Betonox na budowę wszedł również po komplikacjach, bo zanim przetarg wygrał, to zgłosiły się inne firmy, w której przegrana pozwała wygraną do Krajowej Izby Odwoławczej, a następnie zrezygnowała z pozwu. Strasznie to wszystko było zagmatwane, mijały miesiące, aż wreszcie Betonox wygrał przetarg i przystąpił do dokończenia prac stadionu i hali. Ponieważ jednak po drodze napotykał mnóstwo problemów po poprzedniku, miejska kasa była drenowana na wydatki, które pojawiały się jak grzyby po deszczu i które należało rozwiązać kolejnymi aneksami do umowy. Betonox na budowę wszedł w styczniu 2020 roku i do jego końca miał zakończyć pracę. To jednak się oczywiście nie udało. Halę oddano do użytku w grudniu rok później, a stadion piłkarski zgodę na użytkowanie uzyskał kilka tygodni temu.

Ekspresowy rozwój 

Na przestrzeni tych mrocznych dla radomskiego kibica czasów, Radomiak się rozrastał sportowo i organizacyjnie. Dzisiejszy prezes radomskiego klubu Sławomir Stempniewski pojawił się w nim mniej więcej w okresie, gdy miejskie władze podpisywały dokumenty dotyczące wspomnianej budowy. Latem 2015 roku ówczesny beniaminek trzeciego szczebla rozgrywek założył plan, który zakładał, że klub chce w najbliższych dwóch-trzech sezonach wywalczyć awans do pierwszej ligi i tam przywitać nowy obiekt. Saga z jego budową trwała jednak tak długo, że Radomiak spektakularnie pokonywał kolejne szczeble rozgrywek, aż w pierwszej lidze, owszem, pojawił się cztery lata później, ale nie zabawił w niej długo, bo szturmem poszedł na Ekstraklasę i nie dość, że się w niej bezpiecznie utrzymał, to stał się również stabilnym klubem na tym poziomie rozgrywek. Poziom sportowy zatem znacznie wyprzedził plany organizacyjne, związane z rozgrywaniem meczów w domu przy Struga 63.

Między nami wojna

Przez te wspomnianych siedem lat Radomiak swoje mecze rozgrywał w drugiej części miasta na radomskich Plantach. Wszystkie obiekty w mieście są miejskie i z formalnego i prawnego punktu widzenia należą do Gminy i Miasta Radom. W praktyce wiadomo jednak, że przy Narutowicza jest Broń, a na Struga Radomiak. Zieloni zatem przez cały ten okres gościli u znienawidzonego rywala, rozgrywając ligowe batalie właśnie w domu Broni.

Stadion przy Narutowicza przechodził zatem liczne modyfikacje po to, żeby przystosować go do wymogów najpierw pierwszej ligi, a następnie Ekstraklasy. I choć rywalizacja Radomiaka i Broni w ostatnich latach mocno wygasła, to jednak animozje pomiędzy sympatykami dwóch klubów cały czas są mocno odczuwalne. A dlaczego wspomniana rywalizacja wygasła? No dlatego, że Radomiak Broni totalnie uciekł i sportowo i organizacyjnie. Ostatnie derby Radomia miały miejsce wiosną 2015 roku w III lidze, którą Radomiak wówczas wygrał i w ciągu sześciu lat pokonał drogę z czwartego szczebla rozgrywek na pierwszy. Broń natomiast cały czas gra w III lidze z roczną przerwą, gdy spadła do IV ligi.

Rywalizacja już trochę zapominana, ale warta przypomnienia ze względu na to, że Radomiak, grając przy Narutowicza, wcale nie czuł się tam komfortowo, doskonale wiedząc przecież, że swój dom ma na Struga. Przez te wszystkie lata ten dom był rozkopany, rozgrzebany, aż wreszcie można było wreszcie do niego wrócić, żegnając równocześnie obiekt u znienawidzonego sąsiada.

Kupię bilet! 

Prawdziwy szał w środowisku piłkarskim odczuwany był już kilkanaście tygodni przed meczem, gdy radomscy sympatycy widzieli układanie krzesełek, a następnie rozkładanie trawy. W żartach mówiło się, że gdyby z tej okazji zorganizować biletowane wydarzenie, to bilety rozeszłyby się do cna. 

Gdy obiekt przy S63 uzyskiwał już stosowne pozwolenia, klub na początku uruchomił sprzedaż karnetów, a następnie biletów. Pojedyncze wejściówki sprzedawano w klubowym stoisku w pobliskiej Galerii Słonecznej i nie byłoby w sumie w tym nic spektakularnego, gdyby nie fakt, że niektórzy w kolejce po bilet… wystali osiem godzin! 

Kibice opowiadali, że przyszli po wejściówki już godzinę przed otwarciem sprzedaży i czekali kilka godzin, by zasiąść na Struga. Po zaledwie jednym dniu sprzedaż wstrzymano, uruchomiono nową stronę do dystrybucji biletów, gdyż poprzednia, delikatnie ujmując, pozostawiał wiele do życzenia. Gdy sprzedaż ponownie uruchomiono, pozostało w puli ponad dwa tysiące wejściówek, które rozeszły się w zaledwie 45 minut! Totalne szaleństwo ogarnęło Radom, a w kolejnych dniach w internecie mnóstwo było komunikatów, że ktoś chce odkupić bilet.

Witamy na Struga!

Piąty dzień sierpnia z pewnością zostanie zapisany w pamięci wszystkich o zielonych sercach. Tego dnia bowiem po wspominanych już siedmiu latach znów ulica Struga 63 zaroiła się od zielonych koszulek i szalików. Do Radomia przyjechała w trzeciej kolejce Cracovia i to właśnie mecz z Pasami uświetnił wielkie otwarcie radomskiej areny.

Atmosfera w mieście w tygodniu poprzedzającym mecz była totalnie niesamowita, w pracy, podczas towarzyskich spotkań, czy nawet w zwykłych rozmowach pojawiał się głównie temat sobotniego meczu. Prawdziwa atmosfera święta dla całego Radomia i regionu radomskiego. Sama sobota była dniem z intensywnymi opadami deszczu, lokalni dziennikarze monitorowali nawet mapy IMGW sprawdzając co i rusz pogodę na najbliższe godziny, aż wreszcie dochodziło powoli do godziny zero, do kulminacyjnego punktu, którym była godzina 20.

Widać było tłumy zbliżające się na stadion, następnie tłok przy bramkach wejściowych i wypełnianie się obiektu. Na absolutnie każdym widać było ogromne wrażenie, niektórzy, jak pewien starszy Pan, uronili nawet łzę mówiąc, że: myśleli, że nie doczekają już tego dnia. Radomiak znaczy dla Radomia bardzo dużo, jest chlubą tego miasta i nic dziwnego, że ludzie podchodzą do klubu w sposób bardzo sentymentalny.

Naturalnie premierowy mecz zgromadził także mnóstwo znanych osobistości, ludzi sportu, polityki i biznesu, ale wszyscy tego dnia po prostu byli jedną wielką zieloną rodziną. Tuż przed pierwszym gwizdkiem sędziego Jarosława Przybyła z głośników wybrzmiał utwór Lady Pank – „Zawsze tam, gdzie Ty”, który to stał się chyba nieoficjalnym hymnem Zielonych. Przez lata bowiem sympatycy Warchołów śpiewali ponadczasowy hit grupy Janusza Panasewicza i Jana Borysewicza podczas meczów wyjazdowych. W refrenie natomiast pada fraza „Być tam, gdzie Radomiak gra” i to właśnie te słowa pokazywano na stadionowych telebimach. Zaśpiewane przez ponad osiem tysięcy ludzi robiły piorunujące wrażenie. Warto również wspomnieć o kibicach, którzy stadion przywitali efektowną oprawą, urządzając także przy tym Sylwestra na początku sierpnia, gdyż w pobliżu stadionu odpalono serię fajerwerków. Wyglądało to naprawdę spektakularnie.

Cracovio, nie psuj święta!

Sam mecz również należał do ciekawych. Już od samego początku zarysowała się znaczna przewaga gospodarzy, którzy co i rusz nękali dobrze dysponowane tego dnia Sebastiana Madejskiego. Sam Pedro Henrique zaliczył trzy uderzenia w poprzeczkę i jedno w słupek. Sympatycy Zielonych rwali włosy z głowy, ale na nic to się nie zdawało. Totalny brak boiskowego szczęścia. Goście z Krakowa zaskoczyli długim podaniem za linię obrony i w ten sposób Michał Rakoczy najpierw wyszedł jeden na jeden z Filipem Majchrowiczem, a następnie Benjamin Kallman wpakował piłkę do siatki. Radomiak chciał, walczył i próbował, ale tego dnia przegrał. Mimo, że z przebiegu gry był zespołem zdecydowanie lepszym. Cóż… czasami tak bywa.

Sympatycy niepocieszeni opuszczali Struga, ale mam wrażenie, że nie było akurat to dla nich tego dnia najważniejsze. Tym zdecydowanie było to, że po latach tułaczki znów mogą przyjść na Struga i oglądać Radomiaka. Tym razem już w szeregach Ekstraklasy.

Bartłomiej Jędrzejczak

Dodaj komentarz

Zacznij bloga na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑