Wynik z 2018 roku miał być jednorazową sensacją, dziś byłby już normą i nie dziwiłby prawie nikogo. Do Rosji Chorwaci jechali jako solidny zespół, który miał się wcielić w rolę czarnego konia. Obecnie śrubują dobrą passę, zdobywając trzeci medal ważnej imprezy w zaledwie pół dekady. Reprezentacja Chorwacji szybko stała się punktem odniesienia w kwestii każdego blamażu Biało-Czerwonych. „Chciałbym, żebyśmy grali tak jak Chorwaci” – to zdanie, mniej więcej co kilka miesięcy, dość regularnie wychodzi z ust polskich kibiców, oczywiście za każdym razem po zakończeniu zgrupowania kadry narodowej. Dla wielu są zagadkową rewelacją i wzorem do naśladowania, a dla innych klasową drużyną, która już od dawna jest poza naszym zasięgiem. I nie, nie tylko ze względu na ostatnią kompromitację w Kiszyniowie – najwyższy czas, żeby traktować podopiecznych Zlatko Dalicia jak zespół z piłkarskiego topu Europy.
Zlatko Dalić – cudotwórca z przypadku
Lata 2013-17, czyli era Niko Kovaca i Ante Cacicia, to czas, w którym kiełkowała chorwacka złota generacja. Jako pierwsze urosły postacie Luki Modricia, Mario Mandzukicia, Dejana Lovrena czy Ivana Rakiticia, a z czasem do tego grona dołączyli m. in. Marcelo Brozović czy Ivan Perisić. W połączeniu z solidniakami pokroju Domagoja Vidy oraz wielkimi talentami (Kovacić, Jedvaj, Pjaca), już na EURO 2016 pojechała naprawdę ekscytująca mieszanka, która nie bez powodu zaczęła być wymieniana wśród potencjalnych czarnych koni turnieju. A już w szczególności wtedy, gdy pod koniec fazy grupowej pokonali broniącą tytułu Hiszpanię.
Chorwatów oglądało się we Francji świetnie, jednak to, co stanie się później ich charakterystyczną cechą to brak szczęścia. Bo w końcu jak inaczej nazwać stratę gola na wagę awansu do ćwierćfinału w samej końcówce dogrywki (na dodatek chwilę po słupku Perisicia), a później wylosowanie chyba najtrudniejszej możliwej grupy w eliminacjach do mundialu 2018. Walka o awans miała toczyć się z Ukrainą, Turcją, rewelacyjną na Euro Islandią, Finlandią oraz Kosowem.
I faktycznie, sprawiała ona Chorwatom spore problemy, bo mimo że w pierwszych 5 meczach zdobyli 13 na 15 możliwych punktów, to już później zaczęły się schody. Porażki z Turcją (0:1) i Islandią (0:1) oraz remis 1:1 z Finlandią postawiły kadrę w bardzo nieciekawej pozycji – drugie miejsce i przewaga nad trzecią Ukrainą tylko dzięki różnicy goli. A to przecież właśnie z Ukrainą w Kijowie mieli grać za trzy dni w ramach ostatniej kolejki. Atmosfera w zespole była tragiczna, na selekcjonerze rosła presja. Prezes ZPNu Davor Suker musiał działać i zdecydował się na najbardziej radykalny krok – Ante Cacić został zwolniony, a w jego miejsce natychmiastowo zatrudniono Zlatko Dalicia.
Chorwacki Związek Piłki Nożnej podjął jednogłośną decyzję o rozwiązaniu współpracy z Ante Caciciem. Zdobyliśmy tylko 4 punkty w ostatnich czterech meczach i nie było innego wyboru niż podjęcie tej decyzji. W meczu z Ukrainą zespół poprowadzi Zlatko Dalić. Trenerzy utrzymują się dzięki wynikom, więc zobaczymy, co się stanie. Jestem pewien, że osiągniemy oczekiwany wynik z Ukrainą
I miał rację. Szybkie 2:0 w Kijowie, awans do baraży, rozbicie Grecji po pięknej grze i można z ulgą celebrować drugą z rzędu kwalifikację na mundial. Wielu myślało, że Dalić to zwykły zadaniowiec, który odbębnił awans i uruchomił popularny efekt nowej miotły. Nic z tych rzeczy – musiał także podnieść mentalnie skłóconą, podzieloną murem grupę. Sprawić, że ogon przestanie kręcić psem. Działać konkretnie, bo wiedział, na co stać jego podopiecznych, którym trzeba było wprost uświadomić, że stoją przed ostatnią w historii szansą na przyniesienie chwały tej generacji. Obudził w liderach narodową mentalność, na tyle silną, że nie zatrzymało jej nawet pechowe wylosowanie grupy śmierci oraz nieskończone dogrywki, w których trzeba było stawiać się coraz silniejszym rywalom.
Koniec ery, początek sukcesów
Mundial w Rosji był ostatnim turniejem dla trzech zawodników – Mario Mandzukicia, Daniela Subasicia i Vedrana Corluki. Ivan Strinić miał problemy z sercem, a w 2019 roku reprezentacyjne buty zawiesił na kołku także Ivan Rakitić. Oczywiste było, że kończy się pewna epoka, a blask złotego pokolenia coraz bardziej wygasa. Forma kadry po mundialu drastycznie spadła, pojawiły się m. in. porażka 0:6 z Hiszpanią czy męczarnie z Azerbejdżanem w eliminacjach. Drużyna wkraczała w okres przejściowy, co kilka razy Zlatko Dalić podkreślał bardzo wyraźnie. Nie pomagała też pandemia. Chorwaci pojechali na EURO jako zespół grający w kratkę i wcale nie o strojach tutaj mowa.
Sam turniej także nie był dla nich łatwy, jednak ponownie poradzili sobie w trudnej grupie i zakończyli swój udział pozytywnym akcentem, jakim był mecz z Hiszpanią w 1/8 finału. Byli nieustabilizowani kadrowo, uzależnieni od liderów, z kilkoma nowymi twarzami, ale wciąż z tym samym charakterem i zadziornością, na których można było budować drużynę. Wiedział o tym Dalić i wiedział o tym Suker, który pomimo krytycznych komentarzy ekspertów nie zamierzał szukać nowego selekcjonera.
Jak to jednak bywa na Bałkanach, niesnaski w szatni są nieuniknione i zawsze znajdą się piłkarze, którzy powodują je swoim konfliktowym podejściem. I w ten właśnie sposób na MŚ w Rosji buntował się Nikola Kalinić, a po EURO wyraźne znaki prowokacyjne w social mediach dawał Ante Rebić. Obaj wylecieli z kadry dyscyplinarnie i nikt nie oglądał się na ich przynależność klubową.
Następny rok był absolutnie kluczowym w kontekście przyszłości chorwackiej piłki – przebudowa składu. W eliminacjach MŚ do kadry wprowadzani byli chociażby Borna Sosa czy Lovro Majer, który w swoim trzecim występie w narodowych barwach zaliczył dublet. Liga Narodów była już czasem na bardziej eksperymentalne zmiany, których efekty doskonale podsumowały czerwcowe spotkania z Danią i Francją. Dalić odsunął w kąt doświadczenie zarówno Vidy, jak i Lovrena i po raz pierwszy zagrało ze sobą trzech zupełnie nowych obrońców – 22-letni Josip Stanisić, 24-letni Martin Erlić i 22-letni Josip Sutalo. Z obu meczów Chorwaci wyszli zwycięsko, a odświeżona linia defensywy zaliczyła dwa kapitalne występy.
Wymiana pokoleniowa została przeprowadzona wręcz modelowo – nie dość, że na MŚ pojechała bardziej zgrana i zbalansowana kadra niż na EURO, to Chorwacja ostatecznie awansowała do Final Four. Ci, którzy nie doceniali wagi tego sukcesu, przekonali się o niej dopiero wtedy, gdy nadeszły następne. Drugi medal mistrzostw świata z rzędu, a także koncertowy występ w półfinale Ligi Narodów pokazały, że ta kadra pod wieloma względami zaczęła stawać się wzorem dla niektórych reprezentacji ze światowego topu. Na ich procesie przebudowy kadry mogą uczyć się Belgowie, na organizacji gry i podejściu mentalnym Brazylijczycy, a na konsekwentnej ciągłości – Włosi. Spytacie mnie, czego mogliby uczyć się Polacy… cóż, niestety jest to bardziej skomplikowane.
„Dlaczego oni mogą, a my nie” czyli piłkarskie różnice między Polską a Chorwacją
Nie ma nic odkrywczego w fakcie, że przykład reprezentacji Chorwacji zawsze jest jednym z punktów zaczepienia przy większości dyskusji na temat reprezentacji Polski. Porównania części kibiców dążące do wspólnej konkluzji, że „Chorwacja jakoś może, a my nie możemy” stały się dla nas chlebem powszednim jeśli chodzi o zgrupowania kadry narodowej. Problem pojawia się w momencie, gdy zaczynają się poszukiwania aspektów sportowych, w których jesteśmy od Chorwatów lepsi. Chorwacja buduje kadrę na jednej z najlepszych linii pomocy w reprezentacyjnej piłce oraz graczach młodego pokolenia, którzy regularnie występują w topowych ligach, Polska ma kilka indywidualności, które w kadrze zwykle grają poniżej oczekiwań. Chorwacja równo przez dekadę mogła szczycić się przynajmniej jednym finalistą Ligi Mistrzów na sezon (zaś do zwycięskiego w tym roku Manchesteru City trafił Mateo Kovacić), a Polska ma pięciu zwycięzców Ligi Mistrzów w historii. Chorwacja ma jednego selekcjonera od siedmiu lat, Polska każdy rok zaczyna z zupełnie nowym szkoleniowcem. No i wreszcie, Chorwacja ma prawdziwych boiskowych liderów, którzy podnoszą zespół nawet w najcięższych momentach, a liderzy reprezentacji Polski potrafią zapaść się mentalnie 45 minut przed spektakularnym przerżnięciem meczu z Mołdawią i uciec przed odpowiedzialnością wywiadu z mediami.
Na tym w zasadzie można by było zakończyć ten wywód, jednak nie można pominąć najważniejszego. Chorwacja bardzo dobrze szkoli młodych piłkarzy zarówno pod kątem fizycznym jak i technicznym. Słynna akademia Dinama Zagrzeb posiada świetnych trenerów oraz infrastrukturę spełniającą najwyższe europejskie standardy. Wychowankowie z pozytywnym skutkiem uczeni są etyki pracy, żeby później stanowić o sile reprezentacji – aż 59% obecnej kadry narodowej przewinęło się przez Dinamo. Kolejne 18% stanowią wychowankowie Hajduka Split, który ostatnio został rewelacją młodzieżowej Ligi Mistrzów UEFA, dochodząc do samego finału.
Nie chcę nawet szacować ile lat minie do czasu, aż większość polskich akademii skruszy w końcu beton i zacznie wypuszczać na świat gotowych do wyjazdu zawodników, którzy nie będą wracać z podkulonym ogonem do kraju. Diametralne różnice w wyszkoleniu sprawiają, że takie kraje jak Chorwacja odjechały nam piłkarsko mimo wyraźnie mniejszego potencjału ludzkiego. Dawniej można było to nadgonić. Dziś jedni zdobywają trzy medale w ciągu pięciu lat, a drudzy żyją ciągłymi kompromitacjami, wciąż mając złudne nadzieje na powtórzenie sukcesów sprzed epoki kamienia łupanego. To różnice, przy których liczba mieszkańców przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie.
Dodaj komentarz