Tottenham zakończył sezon 2022/23 bardzo wstydliwie – ósmym miejscem w lidze, które nie wystarczyło do udziału w europejskich pucharach. Z posadą trenera pożegnał się Antonio Conte, jednak w kontekście następcy Włocha nastąpiło pewne wyłamanie ze schematu. Podczas gdy w Europie kręciła się słynna trenerska karuzela, postawiono na szerzej nieznanego Australijczyka z Celticu, Ange Postecoglou. Wbrew pozorom, nie jest to wybór przypadkowy, a wręcz przeciwnie – może się okazać bardzo inteligentnym ruchem. Poznajcie człowieka, który rozpoczynając karierę na piłkarskim pustkowiu, zdołał zdobyć trzy mistrzostwa na trzech kontynentach, a teraz spróbuje podbić Wyspy Brytyjskie.
Od amatora do czempiona
Jest rok 1970, pięcioletni Angelos ucieka razem ze swoimi rodzicami do Australii. W jego rodzinnym kraju panuje junta wojskowa, która wprowadziła cenzurę, niekiedy dokonywała publicznych mordów oraz karała osoby, które nie popierały jej rządów. Dla rodziny Postecoglou nie było więc wyjścia – ich życie od początku nie było łatwe.
Ta fotografia krąży w internecie już od dłuższego czasu – malutki Ange trzyma w dłoniach swój numerek imigracyjny, prawdopodobnie tuż po zakończeniu miesięcznej, wycieńczającej podróży łodzią do portu w Melbourne. Firma jego ojca splajtowała, więc w Australii trzeba było zaczynać wszystko od zera, mimo że rodzice Angelosa nie znali nawet angielskiego. Pracowali jednak ciężko od rana do nocy, żeby ich dzieciom żyło się lepiej.
Piłka nożna stała się wspólnym pierwiastkiem dla relacji Angelosa z jego ojcem. Dimitris Postecoglou nie mówił wiele. Jako trener Celticu wspominał po latach, że ojciec zawsze wstawał najwcześniej do pracy, a wracał dopiero na kolację. Był potwornie zmęczony i do końca dnia nie było z nim kontaktu, jednak po odespaniu na kanapie czasami zarywał nocki, żeby razem z synem chłonąć mecze piłki nożnej. To był początek ogromnej pasji, która zaprowadziła Postecoglou do miejsca, w którym jest dziś.
Kariery piłkarskiej wielkiej nie zrobił, mimo że grając w amatorskim wówczas South Melbourne FC (klubie dla uchodźców z Grecji) natknął się na trenującego ten zespół Ferenca Puskasa, swoją drogą jednego z największych idoli jego ojca z dzieciństwa. Znacznie lepiej zaczęło mu iść, kiedy zastąpił legendarnego Węgra na ławce. Po triumfie w Lidze Mistrzów Oceanii i awansie na Klubowe Mistrzostwa Świata, otrzymał pracę jako selekcjoner kadry Australii do lat 20. Ange nie spodziewał się, że kiedykolwiek będzie zarabiać na życie jako trener, tym bardziej że profesjonalny futbol ligowy na kontynencie dopiero raczkował.
I wtedy wszystko zaczęło się walić
Jako selekcjoner w młodzieżowych kadrach Socceroos, Postecoglou pracował łącznie przez 7 lat. Zdążył podczas tej kadencji zdobyć kilka mistrzostw kontynentu, jednak znacznie więcej szumu wokół jego osoby spowodowały okoliczności, w jakich ostatecznie pożegnał się z pracą.
Powyższe nagranie to wywiad z Ange Postecoglou transmitowany na żywo w jednym z australijskich programów sportowych. Właściwie przypominał on bardziej kłótnię podczas telewizyjnej debaty politycznej, bowiem w trakcie rozmowy doszło do ostrej wymiany zdań między selekcjonerem a dziennikarzem i byłym kapitanem kadry Socceroos – Craigiem Fosterem.
O co poszło? W dużym skrócie o wyniki sportowe młodzieżowej kadry Australii, która pod wodzą Ange już drugi raz z rzędu nie zdołała awansować na mistrzostwa świata. Panowie sprzeczali się prawie 15 minut, a tydzień po rozmowie Postecoglou został zwolniony. Klip z wywiadu stał się w kraju takim viralem, że sam trener przez bardzo długi czas nie mógł znaleźć żadnej sensownej oferty pracy w Australii. W 2008 roku wyjechał więc do Grecji, żeby trenować tam trzecioligowy klub Panachaiki GE. I właśnie ten krótki, bo niespełna 10-miesięczny pobyt za granicą, zapoczątkował nową erę w jego karierze.
Wielki powrót i odmiana oblicza australijskiej piłki
Dwa lata resetu to coś, czego Postecoglou potrzebował najbardziej. Gdy we wrześniu 2009 roku objął Brisbane Roar, klub ze wschodniego wybrzeża Australii grał swój pierwszy sezon w A-League pod nową nazwą. Zaledwie rok później zostali największą rewelacją ligi – zdobyli mistrzostwo kraju z rekordową liczbą 65 punktów oraz stali się najładniej grającym zespołem w Australii. Postecoglou stworzył potwora, który nie przegrał meczu przez ponad rok. Niesamowita seria 36 meczów bez porażki do dziś pozostaje niepobita przez żaden inny australijski zespół. W 2012 roku Brisbane zostało pierwszym klubem w historii A-League, który obronił tytuł mistrzowski.
Fala sukcesów popchnęła karierę Postecoglou dalej, do tego stopnia, że został selekcjonerem seniorskiej reprezentacji Australii. Zatrudniono go awaryjnie, na pół roku przed mundialem w 2014 roku, a tuż przed jego przybyciem Socceroos dostali dwa razy po 0-6 w towarzyskich starciach z Francją i Brazylią. Nastroje przed turniejem nie były dobre, w szczególności, że Australijczycy w kwalifikacjach miewali problemy z zespołami takimi jak Irak czy Oman.
Ojciec sukcesu „Roarcelony” – bo właśnie tak nazywana była drużyna Brisbane Roar przez kibiców – mimo trudnych warunków zdołał poukładać i odmienić zespół, czego efekt widać było zresztą na samym turnieju. Walka do ostatnich minut z Chile i piękny gol Tima Cahilla z Holandią nie wystarczyły do wyjścia z grupy śmierci, jednak gra Socceroos sprawiła, że australijscy kibice ponownie zaczęli czerpać radość z oglądania swojej reprezentacji. Reprezentacji, która zresztą rok później po raz pierwszy i – jak dotąd -jedyny w historii wygrała Puchar Azji. To był sukces przełomowy, pokazujący światu miejsce, w jakim znajduje się piłka nożna w kraju.
Historia jak z filmu – osiem lat po feralnym wywiadzie, Postecoglou osiąga z kadrą narodową najwyższy pułap w jej historii. Kiedy wydawało się, że stare rany zdążyły się już zagoić, fani Socceroos zaczęli je jednak ponownie rozdrapywać. Podczas eliminacji do mundialu w Rosji, selekcjoner był krytykowany praktycznie za wszystko, co się da – potknięcia, styl gry, decyzje personalne. Nawet gdy docelowy awans udało się wywalczyć, wypominany był mu dwumecz z Syrią, który został rozstrzygnięty dopiero po dodatkowych 30 minutach gry.
Tydzień po awansie Postecoglou zaskoczył wszystkich – z własnej woli zrezygnował z pracy w reprezentacji. Jak wspomina po latach, miał dosyć braku szacunku oraz podejścia federacji i mediów do jego pracy. Gdy dwa miesiące później został trenerem Yokohamy Marinos, szybko zauważył, że w Japonii jest obdarzany większym szacunkiem niż w kraju, w którym się wychował.
To, co mnie napędzało, to próba stworzenia czegoś. Wiedziałem, że ciężko będzie zrealizować utopijną wizję i połączyć suche wyniki z grą w piłkę, ale byłem pewien, że jestem w stanie to zrobić. Skończyło się na tym, że byłem jedyną osobą w kraju, która myślała w ten sposób. Federacja – nie, kibice – nie. Oni chcieli tylko i wyłącznie awansu na mundial, bo gdyby się nam nie udało, to byłaby to katastrofa.”
Podbój Jokohamy
Japoński zespół od razu po przyjściu byłego już selekcjonera Socceroos zmienił się w ofensywną, odważnie grającą drużynę. I choć styl gry zupełnie nie szedł w parze z wynikami (klub o mały włos nie spadł do drugiej ligi), to zarząd postanowił zostawić Australijczyka na stanowisku, gdyż Yokohama stała się zespołem, który zapewniał masę rozrywki podczas oglądania – przykładowo, w jednym meczu potrafili wygrać sześcioma bramkami różnicy, żeby 4 dni później przegrywać 0:5 po 64 minutach gry.
Pod koniec 2019 roku można było tylko sypać porównaniami do historycznego sukcesu Leicester, bo Marinos zupełnie niespodziewanie zdobyli mistrzostwo kraju, nie odchodząc od progresywnego futbolu, jaki prezentowali wcześniej. To właśnie wtedy Postecoglou po raz pierwszy poznał się z Pepem Guardiolą, który ostatnio bardzo pochlebnie wypowiadał się na temat jego filozofii taktycznej.
Wspomniane mistrzostwo było dla Yokohamy pierwszym trofeum od 15 lat, więc nic dziwnego, że Postecoglou zaczął być niesamowicie doceniany przez japońską społeczność sportową. I choć w Lidze Mistrzów AFC (tej samej, którą ostatnio wygrał Maciej Skorża) odpadł na fazie 1/8 finału, to zapoczątkował nową erę w dziejach klubu, który zaczął regularnie walczyć o mistrzostwo kraju. W obecnie trwającym sezonie J-League, Yokohama Marinos plasują się na drugim miejscu w tabeli i próbują obronić tytuł sprzed roku.
Pięć trofeów w dwa lata, czyli wielka transformacja Celticu Glasgow
Propozycja z Celticu przyszła latem 2021 roku, tuż po sezonie, w którym The Bhoys zostali zdetronizowani przez rewelacyjną drużynę Rangers pod wodzą Stevena Gerrarda. Zespół jest w rozsypce, dotychczasowy trener Neil Lennon zostaje zwolniony, a w jego miejsce zamiast pożądanego Eddiego Howe’a przychodzi nikomu nieznany Australijczyk bez praktycznie żadnego doświadczenia w europejskiej piłce klubowej. Gdyby powiedzieć wówczas kibicom, że dwa lata później pod wodzą tego samego trenera będą świętować tryplet swojego ukochanego klubu, zapewne nikt by nie uwierzył.
Dwa mistrzostwa Szkocji, dwa Puchary Ligi Szkockiej i jeden Puchar Szkocji – z takim dorobkiem Ange Postecoglou zakończył swoją niesamowitą przygodę w Celticu Glasgow. Nie tylko przywrócił klub na zwycięską ścieżkę, ale i wprowadził tam coś wyjątkowego, czego nie było w zespole z Celtic Park od zamierzchłych czasów. Więź trenera z zawodnikami była znakomita, a 92 punkty w sezonie zasadniczym oraz średnia 2,31pkt na mecz to wyniki, których nie umiał wykręcić nawet Brendan Rodgers. Zespół budowany głównie na zawodnikach z lig azjatyckich (rynek, który Australijczyk zna znakomicie) grał piękną, ofensywną piłkę, która poniekąd przypominała uproszczoną wersję systemu Pepa Guardioli. Celtic gra w systemie 4-3-3 nie boi się używać wysokiego pressingu po stracie piłki – wręcz przeciwnie, robi to doskonale i prawdopodobnie do podobnej perfekcji Postecoglou będzie dążył w Tottenhamie.
Nowy Gerrard czy nowy Pochettino?
Nieważne jednak, w jak idylliczny sposób postać Postecoglou zostałaby przedstawiona kibicom Tottenhamu, cały czas pojawiają się wątpliwości co do tego, jak poradzi sobie w Premier League – choćby z tego względu, że wiele osób wciąż pamięta przypadek Stevena Gerrarda, który po fantastycznej kampanii w lidze szkockiej nie poradził sobie w Aston Villi. Obu panów dzielą jednak pewne zasadnicze różnice, takie jak chociażby doświadczenie i etapy kariery, na których wkraczali do najlepszej ligi w Europie.
Czy można więc powiedzieć, że szkoleniowiec Celticu jest gwarantem sukcesu w Tottenhamie? Zdecydowanie nie, jednak jego profil doskonale odpowiada potrzebom klubu – Postecoglou jest typem „trenera rewolucjonisty” i niemal każda z dotychczas prowadzonych przez niego drużyn przechodziła przez gruntowną przebudowę zanim zaczynała grać atrakcyjny futbol i zbierać kolejne laury. To człowiek, który potrafi ulepić coś z niczego oraz jednocześnie zadowolić tym kibiców i zawodników. Spytany w marcu zeszłego roku o swoją filozofię gry przy okazji nadchodzących Old Firm Derby, odpowiedział:
„Granie ofensywnej i przyjemnej dla oka piłki nigdy nie jest łatwe, ale zawsze jest opłacalne. A moim zdaniem warto stworzyć zespół, z którego postawy na boisku możesz być dumny. Wygrywanie to duża część tożsamości klubu, ale bardzo ważne jest też to, jak wygrywamy i jaką drużyną chcemy się stać. Chodzi o to, żeby uwierzyć w swoje umiejętności oraz możliwość stworzenia własnego stylu gry. […] Chciałbym, żebyśmy razem mogli czerpać z tego satysfakcję – zarówno piłkarze, jak i kibice. I to właśnie dzięki połączeniu naszych wspólnych celów możemy później osiągać sukcesy.”
To, czy te sukcesy spotkają także Tottenham, zależy przede wszystkim od zaufania i możliwości, jakie Postecoglou otrzyma na zrealizowanie swojej wizji. Zarówno w Jokohamie, Celticu, jak i reprezentacji Australii przechodził przez momenty słabości, jednak za każdym razem pozwalano mu rzeźbić z tego, co ma. To, czy taką możliwość otrzyma w Premier League to już osobna kwestia, lecz jedno jest pewne – z Australijczykiem na sterach „Kogutów” z pewnością nie będzie nudno.
fot. commons.wikimedia.org