W przeddzień hitu Bundesligi… Podsumowanie 13. serii spotkań

      Zadziwiająca liczba goli – ta kolejka w nie obfitowała, bo aż 34 bramki zobaczyliśmy w najwyższej klasie rozgrywkowej w Niemczech. Tylko Bayern zachował czyste konto. Philipp Pentke, Marvin Schwaebe, Josep Martinez, Pavao Pervan – ci bramkarze w ten weekend zagrali po raz pierwszy w tym sezonie Bundesligi. Jak im poszło? Zapraszam na cotygodniowy przegląd niemieckich boisk piłkarskich.

      13. serię spotkań zaczął mecz na Mercedes-Benz Arena. Trzy porażki z rzędu spowodowały, że Stuttgart znalazł się niebezpiecznie blisko strefy spadkowej. Oczywiście jest to efekt plagi kontuzji w ich szeregach. Mainz natomiast ostatni raz przegrał 16 października na wyjeździe z BVB. Faworyt wydawał się jasny, chociaż minimalny. Mieliśmy do czynienia tutaj z bardzo ciekawym widowiskiem. Obie ekipy płynnie rozgrywały swoje akcje, co pokazał pierwszy gol dla miejscowych. Zanim on padł, mieliśmy do czynienia z wielopodaniową akcją. Ostatecznie w polu karnym Orel Mangala wypatrzył Hirokiego Ito, a ten precyzyjnym strzałem pokonał Robina Zentnera. Jeszcze przed przerwą goście wyrównali ze stałego fragmentu gry. Rzut rożny wykonywał Jean-Paul Boetius, a najwyżej do główki wyskoczył Alexander Hack. W drugą połowę lepiej weszli gospodarze. Przeprowadzili oni zabójczą kontrę. Mangala dograł na lewą stronę do Borny Sosy, a ten popisał się znakomitym strzałem pod poprzeczkę. Ponownie Zentner bez szans. Kibice jeszcze raz oszaleli ze szczęścia i o dziwo nie chodziło tutaj o kolejnego gola strzelonego przez ich ulubieńców. Na kilka minut bowiem wszedł po bardzo długiej przerwie w grze Silas Katompa Mvumpa, znany również z fałszywej tożsamości – Silas Wamangituka. A wynik się nie zmienił i wreszcie na zwycięską ścieżkę wraca drużyna Pellegrino Matarazzo. Zasłużenie wygrali, a na horyzoncie pojawia się Hertha.

        W sobotę o 15:30 postanowiłem włączyć transmisję z Volkswagen Arena, gdzie zmierzyły się drużyny, które mają swoje problemy, chociaż większe napotyka ta Marco Rose – szpital jak się patrzy. Podjąłem dobrą decyzję odnośnie wyboru meczu – bardzo wysoki poziom widowiska z szybkim tempem akcji. No i strzelanie zaczęte w już drugiej minucie. Dośrodkowanie Ridle Baku wykorzystał Wout Weghorst. Zamiast iść za ciosem, gospodarze cofnęli się i czekali w polu karnym na przeciwnika. Jeszcze w pierwszej połowie się doigrali. Maxence Lacroix faulował w polu karnym Marco Reusa, a jedenastkę na gola zamienił Emre Can. Po przerwie do huraganowych ataków ruszyli goście. Najpierw Nico Schulz trafił w słupek, następnie jeden z obrońców wybijał piłkę z linii bramkowej, ale ostatecznie objęli oni prowadzenie. Po podaniu Reusa fuutbolówkę poza szesnastką przyjął Donyell Malen, który zdecydował się na strzał podobny do tego w poprzedniej kolejce przeciwko Stuttgartowi. Pavao Pervan bez szans na obronę. Bardzo ważna rzecz do odnotowania: po przerwie spowodowanej kontuzją na boisku zameldował się Erling Braut Haaland. I co, myśleliście, że nic nie zrobił? No cóż, ustalił wynik spotkania na 1:3 po świetnym dograniu Juliana Brandta. I tak BVB po 13. kolejce zainkasowała 30 punktów. Tyle kontuzji, a regularnie punktują rywali. A za tydzień Der Klassiker. Szykuje się fantastyczny spektakl! Natomiast Florian Kohfeldt musi się ogarnąć, bo zaraz ucieknie czołówka.

 Kiedy patrzymy na wyniki Hoffenheim, można wysnuć jeden wniosek: w tej serii spotkań z ich regularnością powinni przegrać, albo chociaż stracić punkty. Gdyby tak się stało, to by się bardzo skompromitowali. Jechali bowiem na Sportpark Ronhof – stadion, który nie zaznał zwycięstwa gospodarzy w historii Bundesligi. Porażkę więc można byłoby porównywać do tej z poprzedniego sezonu, kiedy podopieczni Sebastiana Hoenessa zostali zmiażdżeni 0:4 przez czerwoną latarnię tamtych rozgrywek – Schalke. Tak się nie stało, ale stworzono naprawdę wesoły spektakl, zakończony rezultatem wręcz hokejowym. Ale od początku. 22. minuta, strata Dennisa Geigera, Branimir Hrgota dogrywa do Jamiego Lewelinga i niespodziewanie Greuther wygrywał. Po dobrej kontrze i podaniu Georginio Ruttera wyrównuje Ihlas Bebou. Jeszcze przed przerwą David Raum do Ruttera i jest 1:2. Ledwo co się zaczęła druga połowa, a tu już wyrównanie! Świetna dwójkowa akcja Hrgoty i Timothy’ego Tillmana zakończona golem tego drugiego. No to klub z Sinsheim podrażniony. Znowu objęli prowadzenie, tym razem Marius Funk zaskoczony fenomenalną próbą Ruttera. Mało? Wszedł Andrej Kramarić, popisał się fantastycznym dograniem do Bebou, a ten na raty umieścił piłkę w siatce. Cztery minuty później rzut rożny wykonywany przez Rauma, dośrodkowanie przedłużone przez Angelo Stillera, a futbolówkę do własnej bramki wpakował Marco Meyerhoefer. Minęło kolejne 60 sekund i okazji po podaniu Lewelinga nie marnuje Hrgota. Na koniec Kramarić posyła ciasteczko w kierunku Bebou, a Togijczyk kompletuje hattricka. No i koniec kanonady. Zgubiliście się w liczeniu? Już przybywam z pomocą: skończyło się 3:6 dla przyjezdnych. Po raz pierwszy Wieśniaki notują dwa zwycięstwa z rzędu. A Koniczynki śrubują rekord – jedenasta porażka z rzędu. Tasmania Berlin boi się o rekord w najmniejszej liczbie zdobytych punktów w sezonie.

   W tym samym czasie mieliśmy do czynienia z derbami Renu. Na RheinEnergie fenomenalna publiczność czekała na widowisko z Koeln i Borussią Moenchengladbach w roli głównej. Więcej argumentów do rozwiązania worka z golami mieli gospodarze. Najaktywniejszy wśród nich był Ondrej Duda, ale Yann Sommer nie dał się pokonać w pierwszej odsłonie. Na szczęście mecz trwa dwie połowy, a po przerwie to się zaczęło. Na prowadzenie wyszli miejscowi. Po dośrodkowaniu Jonasa Hectora wkradło się zamieszanie w polu karnym, z którego skorzystał Benno Schmitz. Zobaczywszy na przedpolu Dejana Ljubicica wysunął mu podanie i Austriak złamał tamę pod tytułem bramka BMG. Źrebaki nie czekali na rozwój wydarzeń i rzucili się na bramkę Koziołków. Fenomenalnie jednak bronił Marvin Schwaebe, który zastąpił w roli bramkarza na ten mecz kontuzjowanego Timo Horna. On w jednej sytuacji też nie miał szans. Ciekawą dwójkową akcję przeprowadzili Patrick Herrmann i Jonas Hofmann, a ten drugi wyrównał stan rywalizacji. Nadeszła jednak minuta, która zadecydowała o przechyleniu szali na korzyść podopiecznych Stefana Baumgarta. Trzy minuty po golu na 1:1 fatalnie się zachował Florian Neuhaus, który podał wprost pod nogi Marka Utha, a Niemiec bez problemów umieścił piłkę w siatce. Adi Huetter i spółka nie otrząsnęła się po tym golu, a tu w polu karnym błąd popełnił Nico Elvedi, a pierwszą bramkę w sezonie strzelił Duda. W doliczonym czasie gry Sebastian Andersson postawił kropkę nad „i”, trafiając główką pod poprzeczkę po dograniu Louisa Schauba. No i Koeln rządzi nad Renem!

      Tymczasem na Olympiastadion mieliśmy do czynienia z dwoma najgorzej grającymi drużynami w lidze – Hertha z pragmatycznym futbolem i Augsburg z błędami w obronie i niczym w ataku. Zapowiadał się więc „ciekawy” spektakl. I się nie pomyliłem. Więcej argumentów na gola widzieliśmy po stronie gospodarzy, ale prowadzenie objęli po nie składnej akcji. Kardynalny błąd popełnił Robert Gumny, który tak sobie wypuścił piłkę, że Marco Richter miał przed sobą tylko pustą bramkę. Niby przyjezdni nie tworzyli sobie okazji. Niby nic nie zapowiadało remisu, który byłby z przebiegu spotkania sprawiedliwym wynikiem. A jednak wpadło. Świetny przerzut Niklasa Dorscha, dośrodkowanie Fredrika Jensena, a ze wzrostu skorzystał Michael Gregoritsch i głową pokonał Alexandra Schwolowa. Czy to spowodowało, że na ławce trenerskiej w Herthcie nie zobaczymy już Pala Dardaia? Nie wiem, ale to bardzo dobra decyzja władz. Nie można było patrzeć na grę klubu Krzysztofa Piątka pod jego wodzą.

       Zmiany trenera raczej się nie spodziewamy w Bochum i Fryburgu. Thomas Reis i Christian Streich mają solidną pozycję w swoich drużynach. Vonovia Ruhrstadion wypełnione czekało na kolejne piłkarskie święto i po raz kolejny kibice wyszli ze stadionu zadowoleni. Ale po kolei. Pierwsza odsłona przebiegała płynnie. Mało fauli, nawet przerw w grze. Najgroźniejszą sytuację stworzyli sobie przyjezdni, kiedy Nico Schlotterbeck przystemplował piłką słupek. Futbolówka w siatce znalazła się dopiero po przerwie. Początek drugiej połowy i rzut wolny. Vincenzo Grifo podał na głowę Philippa Lienharta i objęli prowadzenie. Nie nacieszyli się nim zbyt długo. Trzy minuty później Gerrit Holtmann prostopadle do Sebastiana Poltera i Mark Flekken skapitulował. Obie strony później miały swoje okazje, a Schlotterbeck znowu obił obramowanie bramki Manuela Riemanna. Decydujący cios należał do beniaminka. Niepotrzebnie Flekken wychodził z pola karnego, źle również wybił piłkę Lienhart, a w pierwszym kontakcie Milos Pantović z około 50 metrów ustalił wynik na 2:1. Trzecia porażka z rzędu Freiburga stała się faktem. Czy można mówić już o kryzysie? Takim małym pewnie tak. A Bochum z 16 punktami spokojnie się rozgościli w środku tabeli. Coraz lepiej wyglądają podopieczni Thomasa Reisa.

   Na koniec sobotnich zmagań zajrzałem na Allianz Arena. Bayern był zdecydowanym faworytem w meczu z Arminią, która plasuje się na przedostatnim miejscu w tabeli. Było widać na boisku, kto jest lepszym zespołem. Jednak za dużo o tym meczu nie opowiem, bo po prostu tam wiało nudą i nieporadnością mistrzów Niemiec. Goście okopali się w polu karnym, a miejscowi niczym w piłce ręcznej rozgrywali futbolówkę po obwodzie. Rzadko jakieś dośrodkowanie dochodziło do partnera, a jak stworzono jakąkolwiek okazję, to na posterunku stał Stefan Ortega. Jednak z jednym, decydującym strzałem bramkarz nie miał szans. Jamal Musiala do Thomasa Muellera, ten z pierwszej piłki do chimerycznego w tym meczu Leroya Sane, a Niemiec popisał się precyzyjnym strzałem zza pola karnego. I to wystarczyło, by pokonać drużynę Franka Kramera. Przepchnięty kolanem, ale wygrany mecz i to się liczy. Bayern 31 punktów, a za nim Borussia Dortmund z jednym „oczkiem” mniej. Szykuje się fenomenalne widowisko na Signal Iduna Park!

  Niedziela upłynęła pod znakiem starć ekip, które grały w środku tygodnia. Na początek na Commerzbank Arena spotkały się rozpędzony Eintracht i solidny Union. Niestety, znowu bez Polaków w składzie – Tymoteusz Puchacz i Paweł Wszołek na trybunach. A goście nie radzili sobie z Filipem Kosticiem, który cały czas torpedował fenomenalnymi dośrodkowaniami ich pole karne. Po jednym z nich obrońca tylko trącił piłkę, dopadł do niej Djibril Sow, a Szwajcar perfekcyjnym strzałem pokonał Andreasa Luthego. Były szanse na podwyższenie wyniku, jednak nic nie wpadało do 62. minuty. Wtedy Max Kruse wykorzystał rzut karny, który został podyktowany po faulu Evana N’Dicki na Taiwo Awoniyim. Gospodarze nie ustawali z atakami, ale Luthe spisywał się fantastycznie. Do doliczonego czasu gry utrzymywał się remis. I znów odezwała się lewa noga Kosticia, która posłała genialne podanie do N’Dicki, a ten głową zapewnił zwycięstwo. Było to trzecia ligowa wygrana z rzędu podopiecznych Olivera Glasnera. Union zaś zagrał mecz przeciętny, jeden z gorszych w tym sezonie. Nadal utrzymują się jednak w górnej części tabeli.

    Na koniec hit w Lipsku – RB po wygranym 5:0 meczu z Club Brugge mierzył się u siebie z Bayerem, który z powodzeniem radzi sobie w Europie – już zapewnił sobie pierwsze miejsce w grupie Ligi Europy. Obie ekipy jednak ostatnimi czasy średnio sobie radziły w Bundeslidze. Ta kolejka więc była dla nich bardzo ważna. Goście potraktowali to spotkanie bardziej na poważnie. Już po ośmiu minutach piłka znalazła się w siatce, ale po analizie VAR bramki nie uznano – Amine Adli był na spalonym. Jednak później nie było już wątpliwości. Fenomenalnym podaniem popisał się Exequiel Palacios, a wykorzystał je Florian Wirtz. Na przerwę schodzili już z dwoma bramkami przewagi. Długie dogranie Jonathana Taha, w fantastycznym stylu przyjął je Moussa Diaby, poślizgnął się Lukas Klostermann, więc Francuz miał ułatwione zadanie, by pokonać Josepa Martineza, który zastępował na bramce Petera Gulacsiego. Zarówno w pierwszej, jak i w drugiej połowie przyjezdni mogli zamknąć mecz, ale zawodziła skuteczność. Zostali za to skarceni przez Andre Silvę, który po dośrodkowaniu Cristophera Nkunku zdobył głową gola kontaktowego. Ale długo tego nie mieli. Wirtz do Diaby’ego, ten do prawej strony do Jeremiego Frimponga. Holender po rykoszecie zaskoczył Martineza i wynik stanął na 1:3, chociaż po zagraniu ręką Edmonda Tapsoby i wideoanalizie sędzia wskazał na „wapno”. Dominik Szoboszlai trafił jednak w słupek. Bayer wygrywa i awansuje na podium. A pozycja Jessego Marscha i spółki coraz gorsza.

    Jak wspominałem już, w przyszły weekend Der Klassiker, ale nie tylko. Union zagra z Lipskiem, BMG z Freiburgiem, Mainz z Wolfsburgiem, a to tylko niektóre widowiska, jakie nas czekają już w grudniu. A jak już wszyscy zagrają, to będę miał coś do powiedzenia. W sumie jak zawsze po danej kolejce. Auf Wiedersehen!

Adrian Malanowski

fot: Daily Sabah

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Blog na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: