Biblioteczka Futbolowej Rebelii: T. Adams „Uzależniony”.

Każdy większy klub, którego początek sięga, chociaż kilku dekad wstecz może pochwalić się swoimi piłkarskimi „ikonami”. Piłkarzami, którzy całe swoje piłkarskie życie spędzili, dumnie reprezentując tylko jeden, ukochany klub.  Gracze, którzy zapewniali swoim zespołom największe sukcesy w ich historii, wznoszący w górę trofea. Długoletni kapitanowie. Chłopacy wychowani w dzielnicach, w których znajdował się stadion. Lokalni autochtoni wdzierający się w dzieciństwie na stadionowe trybuny przez dziurę w płocie, bo rodzice byli zbyt biedni lub zapracowani, by zabierać ich tam samemu. W późniejszych latach zdobywali oni uznanie kibiców klubu, z którym związani są od maleńkiego. Idole trybun, czasami urastający do rangi piłkarskich półbogów. Wielkie europejskie marki mogą wręcz pochwalić się całymi tabunami takich graczy, z których mogliby złożyć na przestrzeni kolejnych upływających dekad legendarne, historyczne team’y. Taką drużyną z pewnością jest też Arsenal Londyn. A mówiąc o kapitanie i ikonie „Kanonierów”, na myśl przychodzi szczególnie jedna postać – Tony Adams.

Czytaj dalej „Biblioteczka Futbolowej Rebelii: T. Adams „Uzależniony”.”

„Panowie! To nie jest czas na lizanie się po fiu**ch !”

Gdy kadra Jerzego Engela awansowała w 2001 roku na Mundial w Korei i Japonii ś.p. Paweł Zarzeczny napisał na łamach „Przeglądu Sportowego” legendarne zdanie, które odbiło się wówczas szerokim echem w środowisku futbolowym i wywołało niemałe oburzenie. „Panowie, to jeszcze nie czas na lizanie się po fiutach. Na razie osiągnęliśmy tyle co Senegal”. W ten oto sposób dziennikarz chciał stonować rozdmuchane ego piłkarzy i trenera oraz hurraoptymistyczne nastawienie opinii publicznej. Jak to jednak często w przypadku popularnego „Pawki” było, zabieg zastosowany w takiej formie nie przyniósł oczekiwanego rezultatu.  Jego słowa wywołały ogólne oburzenie środowiska i zapoczątkowały ciągnącą się praktycznie do końca azjatyckiej imprezy wojenkę kadra vs. dziennikarze .Jednakże dalsze losy naszej Reprezentacji pokazały, że słowa Zarzecznego były prorocze. Awans na największą piłkarską imprezę po 16 latach naszej nieobecności smakował wyśmienicie, jednakże na tamtą chwilę osiągnęliśmy dokładnie tyle samo ile 31 innych reprezentacji, które także wywalczyły przepustki na ten turniej.  Na tymże skończyło się jednak nasze „rumakowanie” i to pomimo buńczucznych zapowiedzi trenera Engela, który odgrażał się w wywiadach, że na Daleki Wschód jedziemy bić się o Puchar Świata.  W momencie, gdy wspomniana przez Zarzecznego  reprezentacja Senegalu najpierw odprawiła 1:0 w inaugurującym turniej spotkaniu aktualnych wówczas Mistrzów Świata – Francuzów, a następnie awansowała do ćwierćfinału my kompromitowaliśmy się kolejno w meczach z Koreą oraz Portugalią. To po tym drugim występie powstał pean pochwalny (?) na cześć najpopularniejszego aktualnie piłkarskiego eksperta telewizyjnego.  „Tomasz Hajto to wielki atleta, ograł go w Korei Pedro Pauleta”.  Wyszło na to, że nie po raz pierwszy i nie ostatni racja leżała po stronie Pawła Zarzecznego. Miał rację. To nie był czas na lizanie się po fiutach.  A Senegal osiągnął znacznie więcej niż my.

Od tamtych wydarzeń minęło 16 lat. Jednakże słowa zmarłego w marcu dziennikarza znów nabierają aktualności. 1 września kadra Adama Nawałki rozegrała mecz z reprezentacją Danii. Generalnie już w dniu, gdy rozlosowano grupy eliminacyjne wiadomo było, że spotkanie w Kopenhadze powinno być w teorii tym najtrudniejszym w całej kampanii dla naszej drużyny narodowej.  Ogółem rzecz ujmując Duńczycy nigdy nam piłkarsko nie leżeli. Przez 15 ostatnich lat dostaliśmy od nich w cymbał sześć razy na osiem możliwych. Przed tym ostatnim razem, tydzień temu braliśmy więc pod uwagę, że w kraju Hamleta możemy stracić punkty. Nawet trzy. Ale chyba nikt nie spodziewał się, że nasi rywale tak dobitnie powiedzą nam na murawie: „Panowie, to jeszcze nie czas na lizanie się po fiutach. Wy nawet nie jesteście pewni tego Mundialu.” Kadra Engela już była. Kadra Nawałki jeszcze nie. I to mimo tego, że w narodzie po raz kolejny panuje hurraoptymizm. Chociaż po kopenhaskim laniu został on mocno przygaszony. Właściwie to powinniśmy ekipie Age Hareide podziękować. Za zrzucenie wielu kibicom tych różowych soczewek z oczu. Za to, że Eriksen i spółka pokazali nam w najdrobniejszych detalach każdą wadę naszego zespołu. Piąte miejsce w rankingu FIFA, pewne prowadzenie w grupie eliminacyjnej i znów co niektórzy wynosili ten zespół pod niebiosa. Szczęście w nieszczęściu, że Duńczycy zapalili lampki kontrolne w głowach nazbyt optymistycznie nastawionych kibiców a już szczególnie dziennikarzy, którzy poziom optymizmu mieli taki, jakby pozarzucali tabletki extazy. „A może ta nasza kadra nie jest tak piekielnie mocna jak nam się wydawało?” No kurwa,  bingo! To, że piąte miejsce w rankingu FIFA nijak się ma do naszej realnej siły na świecie, to już sobie wyjaśniliśmy. Zresztą w rankingu wyprzedzają nas Szwajcarzy. Przy całym szacunku dla kadry Helwetów i ich fenomenalnej w ostatnim czasie formy… jest na sali ktoś zdolny uznać ich za czwartą reprezentację na planecie? Oni nawet nie mają zawodnika na światowym poziomie czy grającego w mocnym klubie. Xhaka? Ani on nie jest piłkarzem światowego formatu, ani Arsenal nie jest już klubem należącym do europejskiej czołówki. Nawet tej szerokiej. O Shaqirim już nie wspomnę. Od dawna wiadomo, że ranking FIFA jest tylko miłą ciekawostką. Taką możliwością dla przeciętnych reprezentacji na powiększenie sobie penisa przez nabicie punktów dzięki sprzyjającemu kalendarzowi spotkań.  Czymś w rodzaju ferrari dla 40 latka przechodzącego kryzys wieku średniego. Pomaga też czasem w korzystniejszym rozstawieniu podczas losowania do imprez rangi mistrzowskiej czy eliminacji do nich. Nie jest on jednak obiektywnym wyznacznikiem siły poszczególnych reprezentacji narodowych. Nasza doskonała pozycja w grupie? Hmm. Dwa pewnie wygrane spotkania z Rumunami, plus wtopa w Kazachstanie, plus wyrwane Ormianom z gardła trzy punkty, plus nieznaczna wygrana w Czarnogórze plus prawie stracone we frajerski sposób zwycięstwo w meczu z Duńczykami na Narodowym. Kadra Nawałki powinna mieć na drugie „Fortuna”. Chociaż za bardzo kojarzy się z bukiem… Fakt faktem, że ta fortuna jest wypadkową tego iż ta drużyna naprawdę potrafi grać w piłkę a selekcjoner umie z niej wycisnąć niemalże ostatnie soki. Niestety jak pokazał blamaż w Kopenhadze, nie wszystkie mankamenty tej ekipy da się zawsze zapudrować.  A porządny przeciwnik, taki jakim była ostatnio Dania, potrafi odsłonić wszystkie nasze wady.

Nawałka szyje kadrę z 12-14 graczy. Reszta piłkarzy niby jest w drużynie ale na zgrupowania jeździ bardziej w roli statystów. Gdy wypada któraś z kluczowych postaci, to zaczynają się problemy. Na przykład gdy w meczu na Parken dosłownie i w przenośni zesrał się Piszczek, to zaczęły się schody. Nawałka miał na ławce rezerwowych Kędziorę i Bereszyńskiego. Naturalnych zmienników dla gracza Borussii. Mimo to na prawą stronę obrony desygnował Thiago Cionka. Stopera. Jak widać poziom zaufania dla niektórych graczy nie jest zbyt duży. Nigdy w życiu nie tęskniłem też równie mocno za Grzegorzem Krychowiakiem co w tamtym spotkaniu. Krychowiak w formie jest potrzebny tej drużynie niczym tlen. Krychowiak w formie jest rycerzem środka pola a Mączyński czy Linetty mogą odgrywać co najwyżej rolę jego giermków. W meczu w Kopenhadze miałem wrażenie, że odgrywali rolę chrześcijan rzuconych na arenę rzymskiego Colloseum, gdzie pożreć ich miały duńskie lwy pod wodzą gladiatora Eriksena. Zresztą podobną rolę odgrywała cała nasza linia defensywna na czele z Pazdanem i Jędrzejczykiem. Cała trójka Legionistów, którzy zameldowali się w pierwszej jedenastce na placu boju przeniosła do kadry jakość ich klubu z dwumeczów z Astaną oraz Sheriffem. Dołujące jest to, że forma kadry jest w tak dużej mierze uzależniona od dyspozycji zawodników z tak niestabilnego pod względem poziomu gry klubu jak warszawska Legia. Sam Lewandowski to nie wszystko i tak jak jego dobra dyspozycja jest kluczem do solidnej gry naszej kadry, tak i on w znakomitej formie nie pociągnie wszystkiego bez konkretnego wsparcia partnerów. A przynajmniej nie z zespołami na dobrym europejskim poziomie jak Dania.  Zresztą na przestrzeni niemalże roku, licząc od pierwszej konfrontacji obydwóch zespołów widać było, że Age Hereide wykonał z tą drużyną kawał dobrej roboty. Dania ze spotkania na Narodowym i Dania z potyczki na Parken to dwa zupełnie inne teamy. Chłopcy i faceci zamienili się w nich miejscami. Możemy tylko się cieszyć, że projekt norweskiego trenera w październiku ubiegłego roku nie był jeszcze w pełni gotowy, bo dziś być może nie wszystko zależało by od nas jeśli chodzi o wyjazd na rosyjski czempionat. Wracając jeszcze do naszej linii obrony. Żadna ekipa, w żadnej grupie w tych eliminacjach w Europie, ani z pierwszego ani z drugiego miejsca nie straciła po 8 kolejkach spotkań aż 11 bramek. Żadna z nich nie straciła dwucyfrowej liczby goli. Niech to posłuży za recenzję dla jakości gry naszej defensywy. Fakt, że ponad połowę tych bramek zaaplikowali nam właśnie podopieczni Hereide. I znów możemy mówić o uśmiechu losu. Dwaj nasi teoretycznie najgroźniejsi rywale w tych eliminacjach przystąpili do nich pogrążeni w kryzysie. Szczęśliwa gwiazda krąży nad Nawałką od samego początku jego przygody za sterami kadry. To, że biało-czerwoni są aktualnie w tym miejscu w którym są, to wypadkowa wielu czynników. Wiele spraw złożyło się na to, że solidna reprezentacja, jaką jest Polska plasuje się aktualnie tak wysoko we wszelkich notowaniach. Wykorzystujemy swoją szansę niemalże na maksa. Osobiście uważam, że stać nas już na niewiele więcej. Jeśli pojedziemy do Rosji, to ciężko będzie znów dojść do ćwierćfinału wielkiej imprezy. Mnie osobiście usatysfakcjonuje wyjście z grupy. A i to stwierdzę dopiero, gdy rozlosowane zostaną kulki z nazwami poszczególnych nacji, które wezmą udział w przyszłorocznej imprezie. Rok temu we Francji przy jeszcze odrobinie szczęścia można było dojść jeszcze dalej. Może nawet do samego finału. Ale to byłoby już kompletnym rozmyciem obrazu polskiego futbolu.  Wykorzystalibyśmy sprzyjający układ drabinki i słabość innych rywali. Przy jednoczesnym, niemal perfekcyjnym moim zdaniem wykorzystaniu potencjału tej repry. Potencjału sporego ale nieuprawniającego nas do aspirowania do miana wicemistrzów Europy. Wicemistrzowie Europy nie przegrywają w Danii 0:4. To nie przystoi nawet „ćwierćfinalistom Euro”, jak lubią nas określać komentatorzy a co w moich oczach żadnym wielkim osiągnięciem nie jest. Kopenhaga była papierkiem lakmusowym, który pokazał ile nam jeszcze brakuje do tego, by określać się „czołową reprezentacją świata”. Była bolesnym ale potrzebnym doświadczeniem.

Żeby jednak osłodzić troszeczkę tą beczkę dzięgciu, pomyślmy za co podopiecznych Nawałki możemy pochwalić. Na nasze szczęście już trzy dni po meczu z Danią nastąpiła konfrontacja z Kazachstanem.  Niemal natychmiast pojawiła się okazja, do zmycia z siebie mieszanki wstydu, przygnębienia i zawiedzionych ambicji. Rywal do tego idealny. Najsłabsza drużyna naszej grupy. Aczkolwiek ta najsłabsza drużyna już raz w tych eliminacjach odebrała nam punkty. Tym razem jednak graliśmy na własnym terenie. I ostatecznie zrobiliśmy to, co należało zrobić. Zdobyliśmy trzy punkty, wygraliśmy pewnie 3:0. Odpowiedzieliśmy idealnie na wcześniejszy blamaż.  Oczywiście, można się czepiać poziomu spotkania. Można narzekać na nieprzekonujący styl gry.  Ale w tamtym momencie najważniejsze było zdobycie kompletu punktów. Utrzymanie pozycji lidera. Nie ważne jak. Najważniejsza była wygrana. Zrobiliśmy to. Chyba nikt nie ma wątpliwości, że zgarnęliśmy trzy punkty zasłużenie? A że nie prezentujemy najlepszej formy? Nie trzeba było być wróżbitą Maciejem żeby to stwierdzić już przed meczem. Wystarczyło trzy dni wcześniej obejrzeć kopenhaską drogę przez męki. Zresztą… Ekipa Nawałki serca kibiców zdobyła  udaną kampanią eliminacyjną do Euro 2016. Pamiętacie mecze z Gruzją? One wyglądały dokładnie tak samo jak spotkanie z Kazachstanem.  Graliśmy z outsaiderem grupy, który chwilami nas dominował. Spychał do defensywy. Ostatecznie jednak wyniki spotkania mówiły same za siebie. To samo działo się w Warszawie 4 września. Tak wygląda reprezentacja Nawałki. Wplata w swoje mecze elementy chaosu. Doskonałe momenty przekłada z chwilami słabości. Nawet wobec o klasę gorszych drużyn. Plusem jednak jest to, że ostatecznie większa piłkarska jakość i większe doświadczenie praktycznie zawsze przechylają szalę zwycięstwa na naszą stronę. A to nie zawsze było normą przez ostatni kilkanaście lat. Należy cieszyć się z tego, że mimo nienajlepszej gry umiemy udowadniać kto zwyczajnie dysponuje większą piłkarską jakością. Jednocześnie pamiętać też o własnych ograniczeniach. Bądźmy wyważeni w swoich osądach. Nie oczekujmy cudów, nie popadajmy w hurraoptymizm, ale jednocześnie bądźmy w końcu świadomi swojej piłkarskiej wartości. Jesteśmy solidną drużyną. Taką, która powinna bezproblemowo przechodzić sito eliminacyjne i meldować się na wielkich turniejach. Tam możemy ugrać wyjście z grupy a wszystko ponad to traktować jako bonus od piłkarskich bogów. Plusem wrześniowego dwumeczu był też z pewnością Maciej Makuszewski. Cieszy, że Nawałka powołał piłkarza, którego nie potraktował jako kolejnego turysty na pokładzie. Makuszewski w tych ważnych meczach dostał swoją szansę i wykorzystał ją myślę na miarę swojego potencjału. Wniósł trochę ożywienia w konającej, polskiej drużynie w Kopenhadze zaś w meczu z Kazachami całkiem dobrze rozruszał prawe skrzydło, zajmując miejsce Kuby Błaszczykowskiego.  Nie wiem czy sam Kuba nie sprawdzał by już się w tym momencie lepiej właśnie jako zmiennik wchodzący na ostatnie 20-25 minut na podmęczonego rywala. Właśnie w takiej roli doskonale się odnalazł w meczu z drużyną z Azji. Wracając do „Makiego”. Każdy nowy gracz, którego trener Nawałka uzna za godnego pomocy drużynie w meczach o punkty jest na wagę złota. Każda postać, która realnie wydłuży ławkę rezerwowych i da jakąkolwiek alternatywę trenerowi przy ustalaniu składu i taktyki jest niezwykle cenna. Mam nadzieję, że zawodnik „Kolejorza” zagości w tej drużynie na dłużej.

Krótkie podsumowanie? Zawarte jest w tytule. Panowie, to nie jest czas na lizanie się po fiutach, bo jak na razie nawet nie wywalczyliśmy awansu na Mundial! A nawet jak go już wywalczymy, to póki co osiągniemy tyle samo co Iran. A braku przepustki do Rosji nie biorę nawet pod uwagę. Dwa mecz i co najmniej cztery punkty dają nam bezpośredni awans. W perspektywie wyjazd do Armenii, gdzie jestem pewny, że czeka nas nie lada przeprawa a gra będzie rwana, brzydka i niespójna. Ale ostatecznie to my wyjdziemy zwycięsko. Na koniec Czarnogóra z którą na Narodowym, przy pełnym stadionie i ze świadomością wagi tego spotkania, nie pozwolimy sobie zrobić krzywdy. Jesteśmy na to zbyt doświadczoną drużyną!z22313765V,-Eliminacje-mistrzostw-swiata-Polska---Dania

Biblioteczka Futbolowej Rebelii: P. Zarzeczny „Mój własny charakter pisma”.

Pod koniec marca tego roku szeroko pojęte piłkarskie środowiska obiegła bardzo przykra informacja. Zmarł Paweł Zarzeczny. Jeden z najpopularniejszych, polskich dziennikarzy sportowych. Sytuacja ta była o tyle zaskakująca, że jeszcze dwa dni wcześniej Zarzeczny nagrał trzysetny odcinek swojego internetowego vloga: „One man show”, który ukazywał się na łamach portalu weszlo.com. Co ciekawe, dziennikarz w programie tym zostawił istny foreshadowing własnej śmierci, wspominając o tym, że będzie to prawdopodobnie ostatni odcinek tego show. „Dalej już tylko Powązki”, zakończył. Odejście w stylu Tomasza Beksińskiego, który w ostatnim felietonie napisanym dla magazynu „Tylko Rock” także dał do zrozumienia, jakie będą jego dalsze losy. Z tą różnicą, że Beksiński o własnym losie zadecydował sam, a Zarzeczny odszedł w sposób naturalny. Chociaż… We wspomnieniach wielu osób z nim związanych usłyszeć można o tym, że dziennikarz nosił przy sobie dwie reklamówki. Jedną wypełnioną lekami na m.in. cukrzycę i nadciśnienie tętnicze. Druga zaś zapakowana była piwami marki „Warka”, jego ulubionymi. Zarzeczny zmagał się z problemami zdrowotnymi od lat, ale powiedzieć, że nie dostosowywał stylu życia do swojej sytuacji zdrowotnej to jakby nic nie powiedzieć.

Czytaj dalej „Biblioteczka Futbolowej Rebelii: P. Zarzeczny „Mój własny charakter pisma”.”

Majstersztyk na trybunach. Zwycięzcą rewanżu kibice Legii.

„Oj, będą gadać”. Tyle pomyślałem sobie w momencie, gdy ujrzałem oprawę kibiców Legii Warszawa przed wczorajszym starciem rewanżowym z Astaną. A po chwili refleksji dodałem: „I dobrze”. To była najlepsza oprawa w historii polskiego ruchu kibicowskiego! Nie chodzi tu absolutnie o rozmach czy efektowność. Chodzi o efektywność i konsekwencje, jakie za sobą pociągnęła. Legioniści w kilka chwil, w prosty i dosadny sposób przypomnieli światu brutalną prawdę o wydarzeniach z Powstania Warszawskiego.

1 sierpnia wrzucałem na swój profil facebook’owy oprawę sprzed trzech lat, gdy na Łazienkowskiej zaprezentowano choreo z okazji 70 rocznicy wybuchu Powstania. Napisałem wówczas, że była to: „Jedna z najlepszych opraw w historii ruchu kibicowskiego w Polsce”. Z ciekawością czekałem na to, co kibice stołecznego klubu zaprezentują przed meczem z mistrzem Kazachstanu. Byłem pewny że i tym razem nawiążą do wydarzeń z sierpnia 1944 roku. Nie zawiodłem się. Dostałem wręcz więcej, niż mogłem się spodziewać. Dziś z czystym sercem piszę. NIGDY NIE WIDZIAŁEM NA POLSKICH STADIONACH LEPSZEJ CHOREOGRAFII. Fani Legii dali lekcję historii. Fani Legii wykonali kawał dobrej roboty. To był majstersztyk. To była najlepsza możliwa odpowiedź na permanentnie powtarzane w zagranicznych mediach hasło: „Polish death camps”. Suchy fakt historyczny, z którym nikt polemizować nie może. Oprawa, która trafił na pierwsze strony największych sportowych portali na całym świecie. Dziękuję wam Legioniści. I podziękować powinien wam każdy, normalnie myślący Polak! Bo w tej nierównej grze zrobiliście więcej, niż ktokolwiek dotąd.

Oczywiście nie mogło obyć się bez płaczu wielu osób, do nie dawna uchodzących za polski establishment. Ich symbolem jest Tomasz Lis. Człowiek, który spełnia rolę nadwornego płaczka, kajającego się przed światem za każdy przejaw domagania się przez Polaków mówienia prawdy. Widać, prawda niektórych boli. Prawda ich przerasta. Czują strach na myśl, że możemy wykrzyczeć światu: „Niemcy mordowali nas w czasie II Wojny Światowej! Niemcy mordowali nasze dzieci!” Przecież tak nie wolno.  To nie wypada. Mówienie prawdy to zło. A jednak, wcale nie… Polacy są szczęśliwi, Polacy mają dość wmawiania im, że mają siedzieć jak mysz pod miotłą i spełniać rolę ubogiego krewnego ludzi z Zachodu. Uśmiechać się pod nosem nawet, gdy ci ludzie naplują im w twarz. W zamian być może ze stołu pańskiego spadną im jakieś ochłapy a Zachód pogłaszcze ich po głowach. Mentalność psa. Tego ci ludzie chcą nas uczyć. Tylko jak pokazała niejednokrotnie historia, nas nie da się tak wytresować. 340 osób zamordowanych w Jedwabnem nie stawia nas w jednym rzędzie z Niemcami, mordującymi 160 000 osób w stolicy. A tak wygląda matematyka wg. Tomasza Lisa i jemu podobnym ludziom.

Jeszcze raz dziękuję wam Legioniści! Za dyskusję, którą wywołaliście. Za to, że pobudziliście zagraniczne media. Mimo że oni usilnie zapewne będą pisać o nazistach mordujących Polaków, na transparencie ewidentnie widać jakiej narodowości byli ci „naziści”. Nie jeden obcokrajowiec zaduma się nad tą treścią. I o to przecież chodziło! Może nie jeden poczyta o tym, czym było Powstanie Warszawskie. Nawet jeśli w minimalnym stopniu uda się poszerzyć światową świadomość to jest to ogromny sukces. Mówi się, że stadiony powinny być apolityczne. Ale co zrobić w momencie gdy każdy inny ma odkłamywanie historii gdzieś? Lub robi to nieporadnie? Jak widać taka taktyka jest skuteczna. Czy chcemy tego czy nie, stadiony od dawna są najlepszą trampoliną, służąca do rozpropagowania swoich racji. Jak pokazał wczorajszy dzień, użyte z głową, przynoszą wiele korzyści. A że psy szczekają? A niech gadają! Tyle im zostało.

To kibice Legii są prawdziwymi zwycięzcami wczorajszego rewanżu!

Pamiętajmy!

„During the Warsaw uprising Germans killed 160 000 people thousands of them were children”

legast

 

 

„Boring, Boring Poland”

„Boring, boring Arsenal”. Gdy na przełomie lat 80 i 90 trenerem Arsenalu Londyn był George Graham, na trybunach angielskich stadionów często pojawiała się właśnie taka przyśpiewka. „Boring” oznacza w języku angielskim „nudny”. Co prawda w czasach gdy Szkot prowadził drużynę „Kanonierów”, zdobyli oni 2x Mistrzostwo Anglii, 2x Puchar Ligi, Puchar Anglii oraz Puchar Zdobywców Pucharów. Mimo to kibice angielskich klubów szydzili z mało efektownej, nastawionej głównie na defensywę drużyny z północnego Londynu. Graham doprowadził do perfekcji m.in. stosowanie pułapek ofsajdowych. Styl jego drużyny różnił się o 180 stopni od tego co prezentowała ekipa prowadzona przez jego następcę – Arsene Wengera. Mecze tamtego Arsenalu były zazwyczaj nudne, padało w nich mało bramek. Styl tej gry okazał się jednak niezwykle efektywny. Kiedy w sobotni wieczór oglądałem poczynania podopiecznych Adama Nawałki, do głowy wpadła mi właśnie tamta przyśpiewka. „Boring, boring Poland”. Jednakże u mnie znużenie mało efektowną grą zastąpił podziw dla niezwykle skutecznego stylu stworzonego przez Nawałkę.

Powiedzmy sobie szczerze. Zachwyciło was to co pokazali Polacy? Mnie nieszczególnie. Mecz był emocjonujący? Raczej nie.  Byliśmy niezwykle skuteczni? Jak najbardziej. I to jest słowo klucz: „skuteczność”. Ekipa Nawałki robi stałe postępy. Jeszcze do nie dawna narzekałem na to, że nie potrafimy słabszego przeciwnika zepchnąć do defensywy. Kontrolować stale meczu. Napieramy przez pierwsze 15-20 minut spotkania a potem długimi momentami cofamy się, to my jesteśmy pasywni. Szczególnie, gdy wychodzimy na prowadzenie. Tak było niemal w każdym meczu poprzedniej kampanii eliminacyjnej. Zmieniło się to dopiero w ostatniej kolejce, gdy pokonaliśmy na Narodowym w decydującym o awansie meczu Irlandczyków 2-1. Tamten mecz kontrolowaliśmy prawie w całości. W obecnych eliminacjach do Mundialu w Rosji jest już jednak inaczej. Odwróciły się proporcje. Prawie każdy mecz przypomina właśnie ten z Irlandią. To my narzucamy tempo, to my jesteśmy stroną dominującą. Oczywiście nie wszystko jest kryształowe. Zdarzają się momenty rozprężenia. Zapłaciliśmy za to szczególnie słono w pierwszym meczu w Astanie, gdzie kosztowało nas to jak na razie utratę jedynych punktów. To samo zdarzyło się w meczu z Duńczykami, gdzie ze spokojnego 3-0 momentalnie zrobiło się 3-2 i wkradła się nerwówka. Spotkanie z Armenią to był jeszcze inny typ potyczki. Przykład batalii w której kompletnie nic nie wychodzi, ale siłą charakteru, tym że dysponujesz lepszą jakością i indywidualnościami rozstrzygasz wynik na swoją korzyść. Mimo tego, że nasza gra w tamtym spotkaniu była fatalna, to uważam, że paradoksalnie właśnie on pokazał to, iż jesteśmy reprezentacją niemal kompletną. Zadziałały te czynniki, które rozdzielają chłopców od mężczyzn. Ormianie mimo iż zostawili na murawie serducho i zapieprzali jakby walczyli z Azerami o Górski Karabach, nie mieli tego czegoś ekstra, co mieliśmy my. Dwumecz z Rumunami to kwintesencja i przykład tego, jakie postępy zrobiliśmy. Wygrana 6-1 z było, nie było uczestnikami ostatniego Euro. W całym dwumeczu nie potrafili zagrozić nam niemal w ogóle. A mieli być naszymi najgroźniejszymi rywalami.  Mecz z Czarnogórcami miał podobny schemat. Bez fajerwerków, jednak w miarę spokojnie dowiezione trzy punkty.

Sobotnia gra przypominała mi przez pierwsze 30 minut zeszłoroczny mecz z Irlandią Północną na Euro we Francji. Rywal schowany za podwójną gardą a my głowiliśmy się jak przejść przez te zasieki. W gruncie rzeczy to też pokazuje, jakim respektem darzą nas rywale, skoro wychodzą tak głęboko cofnięci przeciwko nam. Kiedyś to my tak robiliśmy. Jak Wójcik w Anglii w 1999 lub jak Smuda na Euro 2012 przeciwko Czechom. To pokazuje także, kto jest niekwestionowanym liderem tej grupy. I fajnie, że ta drużyna tak dobrze radzi sobie z presją. Wytrzymali napompowany jak bawole jaja balonik przed zeszłorocznymi mistrzostwami, spokojnie radzą sobie z mianem lidera i faworyta przeciwko słabszym ekipom w drodze na Mundial. A jak wszyscy wiemy, jeśli wszystko dobrze się ułoży to w grudniu jakaś sierotka będzie wyciągać kulkę od kinder niespodzianki z napisem „Poland” z pierwszego koszyka.  Kolejny test dla naszego zespołu. W najnowszym rankingu FIFA mamy być sklasyfikowani na 7 miejscu. Widomo, że ten ranking jest troszkę przekłamany, no ale jednak to ogromny powód do satysfakcji. Wyobrażaliście sobie te 4 lata temu za kadencji smutnego Waldka, gdy tułaliśmy się gdzieś w siódmej dziesiątce tego zestawienia, że poszybujemy tak wysoko do góry? Bałbym się nawet tak marzyć. .

W czasie sobotniego meczu czułem się jakoś niezwykle spokojny. Nie było tej ekscytacji, która towarzyszy niemal każdemu meczowi kadry. Nie było strachu o wynik. A przecież nie dawno mecze z takimi rywalami jak Rumunia, to były mecze na ostrzu noża. Pamiętacie takie traumy jak 1-3 z Ukrainą na Narodowym? Miejmy nadzieję, że takie czasy prędko nie wrócą. Oczywiście, pokolenie tych piłkarzy za kilka lat przeminie a żadnej pewności, że wyrosną ich godni następcy nie mamy. Na szczęście taki Milik czy Zieliński jeszcze kilka dobrych lat mogą pograć.  „Zielu”… Powoli, opornie ale doszedł w końcu do naprawdę świetnego meczu w koszulce z orłem na piersi. Bawił się w tym meczu z takim luzem jakby był południowcem. Spokój i technika godna Ronaldihno albo chociaż Quaresmy. Miejmy nadzieję, że ustabilizuje swoją reprezentacyjną formę na tym poziomie. Jedynym naszym mankamentem w tym meczu wydawał mi się Cionek. Nie wiem, być może jestem uprzedzony. Ale raz posłał „świecę” niepewnie wybijając piłkę, raz zakręcił nim Rumun i nasz obrońca nie zdążył zablokować strzału. raz w naszym polu karnym musiał ratować sytuację asekurujący go Pazdan, gdy ten pogubił się naciskany przez napastnika.

Robert Lewandowski. Żyjemy w okresie, kiedy na światowych murawach biega dwóch największych gigantów piłki w historii futbolu. Żyjemy jednak też w czasach najlepszego polskiego piłkarza w historii. Bezapelacyjnie. Klasa światowa. Być może nawet piłkarz nr. 3 na tej planecie. On naprawdę nie długo nie będzie już miał nad czym pracować. Wszystkie skille rozwinięte niemal do perfekcji. W sobotę kasował nawet wrzutki Rumunów po stałych fragmentach gry w naszym polu karnym. Karne egzekwowane perfekcyjnie. Ten wyskok do piłki, to jak się złożył do uderzenia głową przy drugiej bramce. Maestria. Aż mi głupio się tak nad nim rozpływać. No ale kurwa mać ! On na to naprawdę zasługuje! Jestem szczęśliwy, że mamy takiego gracza w kadrze.

Mundial w Rosji może nam odebrać jedynie jakiś pieprzony kataklizm. Ale takiego nie przewiduję.  Nawałka zbudował już sobie zespół wg. własnego planu, teraz musi utrzymywać tylko właściwy  kurs. Czasem nie rozumiem jego decyzji, jak ta, gdy przy wyniku 3-1 zostawił na boisku trzech napastników plus Grosika i Kubę. Nie rozumiem po co w tej kadrze frustrat Peszko.  Ale pewnie dlatego to Nawałka jest selekcjonerem a nie ja. Nie muszę tego rozumieć, ważne, że przynosi to pożądany skutek. Tak więc panie trenerze! Rób pan nadal swoje! Grajmy nudno, ale skutecznie. Ogrywajmy spokojnie słabszych od siebie. Ta reprezentacja idzie naprawdę dobrą drogą.

LewyX

Gdzie się podziali boiskowi chuligani?

Po niedawnym meczu Arsenalu Londyn z Leicester City Alexis Sanchez wrzucił do sieci fotkę, na której pokazywał z miną zbitego psa, wewnętrzną stronę swojej wargi. Na wardze widać było małe zaczerwienienie, spowodowane zapewne piłką, ciśniętą w stronę Chilijczyka przez Roberta Hutha. Niemiec  za swoje zachowanie otrzymał w tamtym meczu czerwoną kartkę a Alexis mógł się pochwalić za to na swoich mediach społecznościowych swoimi ranami odniesionymi w bitwie. Internet na widok owego zdjęcia oszalał rozpoczynając znów serię utyskiwań i westchnień pod tytułem:  „Kiedyś we futbolu mieliśmy prawdziwych facetów a teraz to same pizdeczki grają”. Łukasz „Juras” Jurkowski wrzucił na swój fanpage fotkę na której obok siebie byli zestawieni Alexis Sanchez i jego zadrapanie oraz zawodnik MMA Diego Sanchez z całą twarzą zalaną krwią po walce. Wszystko to skwitowane komentarzem: „Alexis Sanchez vs Diego Sanchez… Football vs MMA… Dziewczyny vs Mężczyźni..”. Jakiś czas później dodał jednak do tego kolaż zdjęć z zestawieniem „pięciu jego ulubionych boiskowych twardzieli”. W tym zestawieniu TOP 5 znaleźli się: Marcin Wasilewski, Michał Pazdan, Arek Głowacki, Vinnie Jones i Roy Keane. A mnie naszła chwila zadumy. Cóż zmieniło się w tym futbolu, że kiedyś piłką rządzili twardziele a teraz wyżelowane pizdeczki z markowymi torebkami „Luj Witą” i w koszulkach wyciętych w serek?

 

Po pierwsze. Czy naprawdę tak wiele się zmieniło? Czy faktycznie piłka nożna tak zniewieściała? Wszak uwielbiamy przecież z rozrzewnieniem wspominać  dawne czasy i mitologizować oraz wynosić na piedestał każdy aspekt naszego życia, który miał miejsce 10, 15, 20 lat temu.  „Kiedyś to robili porządne filmy”, „Kiedyś to powstawała dobra muzyka a nie to gówno co teraz”, „kiedyś dziewczyny się bardziej szanowały”, „Kiedyś samochody się nie psuły” kiedyś, kiedyś, kiedyś …. Jakby tak się wsłuchać w te wspominki to wychodzi na to, że świat cofa się w rozwoju bo im więcej czasu upływa tym wszystko jest coraz gorsze.  Pokolenie lat 50tych i 60tych ma nawet inklinacje do opowiadania z nutką rozrzewnienia w głosie jak to „za komuny było lepiej”. Cóż… może na tej samej podstawie idealizujemy futbol sprzed 10,15,20 lat. Zapewne za kolejną dekadę będziemy płakać że skończyła się era piłkarskich bogów pokroju Messiego i Ronaldo. Czasy się zmieniają, każda dekada miała w sobie coś co warto wspominać, upamiętniać. Szczególnie kiedy było się dzieckiem wszystko wydawało się wspaniałe i magiczne. Moje pokolenie ma w zwyczaju upamiętniać lata 90te i wszystko co z nimi związane, w szczególności całą popkulturę. Gumy „Turbo”, anime na Polonii 1 czy muzyka Eurodance. Są to rzeczy, które towarzyszyły nam przez cały okres dorastania. Dla wielu osób były to najwspanialsze lata życia. Wszystko było prostsze, beztroskie. Nic dziwnego że te czasy zajmują w naszym życiu tak ważne miejsce.  Tak samo pokolenie lat 70tych z tęsknotą wspominać będzie karbid, korkowce z odpustu czy oranżadę w proszku. Na tej samej podstawie każdy fan piłki wynosi na ołtarze ten kawałek historii futbolu, który był mu najbliższy. W zależności na kim się wychowałeś. Ja na Zidane i brazylijskim Ronaldo. Starszy brat na Linekerze i Maradonie a jego dzieciak ma właśnie Messiego i CR7.   Każdy ma coś dla siebie, każdy ma co wspominać.

 

Po drugie. Przywołałem na wstępie TOP5 boiskowych twardzieli, które opublikował na swoim „fejsie” Juras. Nie bez powodu.  Znalazło się tam miejsce dla Vinnie Jonesa. Postać to z całą pewnością kultowa. Lider tzw. „Szalonego gangu”, czyli drużyny AFC Wimbledon z przełomu lat 80tych i 90tych. Drużyny która zasłynęła niezwykle ostrą grą.  Mającą w swoim składzie rzeźników pokroju Denisa Wise’a, Johna Fashnau czy wspomnianego Jonesa. Czym wyróżniał się ten gracz? Jak już wspomniałem, niezwykle brutalną grą. Był królem gry faul w lidze rzeźników. Piłkarzem był przeciętnym.  Umiejętnościami się nie wyróżniał. Nigdy nie zagrał w reprezentacji Anglii (zagrał za to w kadrze Walii, mimo że był Anglikiem). Miał jednak również talent do występowania przed kamerą, umiał się sprzedać. Wydał kasetę VHS z poradnikiem jak faulować. Trafił potem do świata showbiznesu. Gra m.in. w filmach Guy’a Ritchie’go. Umiał się dobrze sprzedać. Dziś wspomina się go  jako „boiskowego rozrabiakę”. A na boisku potrafił robić takie rzeczy:  https://www.youtube.com/watch?v=nLhO2i4cTco&t=7s. A weźmy np. ten faul Jonesa na Ericu Cantonie: https://www.youtube.com/watch?v=P4T2pXeE6YQ. Czysta postać boiskowego bandytyzmu. Wejście z powietrza dwoma wyprostowanymi nogami, pewnie centymetry dzieliły Jonesa od tego aby wymazać z historii Manchasteru United jego legendę, jaką był Cantona. Kolejna postać przywołana przez Jurasa. Roy Keane. Pamiętacie jego odwet na Alfie-Inge Haalandzie? https://www.youtube.com/watch?v=p_st29mlQwU. Ten faul złamał Norwegowi karierę. A Irlandczyk zemścił się za to, że Haaland 3,5 roku wcześniej miał do niego pretensje o próbę wymuszenia rzutu karnego. Hmm. Jakbyśmy to teraz nazwali? „Boiskowy rozrabiaka” czy po prostu przejaw boiskowego bandytyzmu? Czym to się różni od brutalnej gry Jakuba Tosika czy Abdula Aziza Tetteha w polskiej lidze? Tym że Keane był klasowym piłkarzem a Jones miał pomysł na swoje życie? Czym różnią się przytoczone przeze mnie faule od boiskowej bandyterki zafundowanej nam przez np. Łukasza Tymińskiego czy Miroslava Bożoka w obecnej kampanii Ekstraklasy? Może to po prostu znów robienie z niektórych piłkarzy postaci kultowych, przez co na ich występki przymyka się po czasie oko? W każdym bądź razie brutalna boiskowa gra zdarzała się zawsze i zdarzać się będzie dopóki istnieje futbol.

 

Po trzecie. Świat poszedł do przodu. Może po prostu futbol rozwinął się na tyle, że obecnie gra jest bardziej fair play? Może piłka poszła w stronę czystej, finezyjnej gry a nie rąbanki i taktyki „kick & rush” czego najlepszym dowodem jest rozwój ligi angielskiej? No tak. Ilość symulek i boiskowych „nurków” momentami przeraża. Ale czy kiedyś pod tym względem było o wiele lepiej? W obecnych czasach jesteśmy bombardowani taką ilością spotkań, że ciężko by co tydzień gdzieś nie zdarzyły się próby wymuszenia faulu, płakanie w ramię sędziego itp.  W weekend na tapet możemy wziąć zarówno Premier League, Ligue 1, La Ligę, Ekstraklasę a nawet ligę chińską. Wystarczy kablówka i możemy cały dzień skakać po kanałach pomiędzy kolejnymi spotkaniami. A na stream’ach w internecie można oglądać najbardziej egzotyczne rozgrywki.  Kiedyś oglądać mogliśmy Ligę Mistrzów i co dwa lata Euro lub Mundial. W szczególności gdy nie posiadało się Canal Plus. Wyniki śledziliśmy za pomocą telegazety i czasopism. Ciężko mi się więc odnieść do tego jak wyglądały proporcje pomiędzy takimi chorymi zagrywkami kiedyś a dziś. Ale nie dam sobie wmówić, że kiedyś biegali po boiskach sami gladiatorzy a teraz tylko metroseksualne lale. W naszej reprezentacji mamy chociażby Pazdana i Glika. Grzesiu Krychowiak pomimo swojego specyficznego image’u jest dla mnie też boiskowym wojownikiem. Bonucci, Chiellini, Ramos, Kante… można wymieniać długo. Zresztą co jest wyznacznikiem bycia twardzielem?  Zbigniew Kruszynski, Polak grający w Wimbledonie w czasach „Crazy gang” wspominał w jednym z  wywiadów jak przed meczem z Liverpoolem Vinnie Jones rozbił piłkarzom „The Reds” drzwi od szatni wielkim młotem.  Gdyby obecnie na podobny pomysł wpadł Mario Balotelli z miejsca zostałby okrzyknięty mianem idioty. Może po prostu punkt widzenia zależny jest od punktu siedzenia?  Futbol stał się bardziej profesjonalny. Angielscy twardziele pokroju Paula Mersona czy Paula Gascoigne’a skończyli marnie. Dziś jeśli piłkarz nie prowadzi się wg. wzorców na bycie profesjonalistą jak Robert Lewandowski, nie ma czego szukać w zawodowej piłce. Są oczywiście wyjątki jak Jamie Vardy, no ale potwierdzają one tylko regułę. Rozwój futbolu, profesjonalizacja klubów, zdrowy i  higieniczny tryb życia. Tutaj też można szukać przyczyn tego, że piłce przycięto pazury. Nawet wywiady z piłkarzami odbywają się zazwyczaj wg. podobnych schematów, bo powiedzenie czegoś kontrowersyjnego może się wiązać z sankcjami zapisanymi w kontrakcie zawodnika.

 

Gdy kilkanaście dni temu Kamil Glik przebiegł się po nodze Gonzalo Higuaina w rewanżowym meczu półfinałowym Ligi Mistrzów internet znów oszalał. Jego profil facebook’owy zalała fala negatywnych komentarzy, pisanych w głównej mierze przez Polaków. Zapewne przez polskich fanów Juve, ale mniejsza o to. Oj, odcięło Gliksonowi w tamtej sytuacji prąd i nie ma z czym dyskutować. Ale skąd to się wzięło? Boiskowy bandyta? Kamil z pewnością jest jednym z ostrzej grających polskich obrońców. Ale w skali światowej? Nie wyróżnia się jakoś szczególnie.  Dla mnie osobiście budzi chyba największą sympatię z grona wszystkich naszych reprezentantów. Bardziej kojarzę go z nieustępliwością i twardą walką niż z przejawami chamstwa na murawie. Po meczu Juventus vs. Monaco udzielił dla Canal Plus dość emocjonalnego wywiadu. Dla mnie przekaz jego słów był jasny. W jego żyłach nadal płynie bordowa krew Torino. Jego dusza jest nadal rogata jak byk w herbie największych rywali Juventusu.  Jego korzenie tak głęboko wrosły w glebę stolicy Piemontu, że gdzieś tam pod skórą, w każdym meczu nadal znajduje się trykot klubu, którego był kapitanem. W jego słowach nadal można było wyczuć nienawiść do „Starej Damy”. Oczywiście to nie usprawiedliwia tego co zrobił Higuainowi na boisku, ale zapewne dla sporej rzeszy kibiców Torino po raz kolejny stał się bohaterem.  I zapewne sympatia tych kilkuset jest dla niego ważniejsza niż nienawiść milionów. To jak? Boiskowy bandyta czy piłkarski twardziel? Wszystko znów zależy od perspektywy z jakiej się na to spojrzy. Koniec końców faulowanemu Argentyńczykowi nic się nie stało … tak jak Cantonie. Haaland szczęścia miał mniej … czy Wasilewski (Witsela nienawidzę).

 

Suma summarum. Nie wydaje wam się, że nie tylko piłka stała się bardziej miękka? Popatrzmy na świat dookoła, na image obecnych facetów. Spodnie rurki, obcisłe koszulki, lekki makijaż zrobiony do szkoły „by czuć się bardziej świeżo”. Wszechobecna, przesadzona, bezmyślna hipertolerancja (może akurat nie w Polsce 😉 ). Nie macie wrażenia, że całe społeczeństwo stało się bardziej zniewieściałe? Tak więc może futbol dostosowuje się do tempa i standardów jakie dyktuje świat? Skoro on produkuje metroseksualnych chłopców to siłą rzeczy oni trafiają również do piłki nożnej w przewadze względem „bad boy’ów”.

 

Tak więc ciężko będzie nam się już doczekać zdjęć takich jak to legendarne Terry’ego Butcher’a, zabryzganego krwią, po meczu ze Szwecją w ramach eliminacji do Mundialu w 1990 roku. W zamian dostajemy coraz bardziej dynamiczną i widowiskową grę. Więcej finezji mniej trzeszczących kości. Więcej nurkowania mniej walki do upadłego. Niewiele możemy na to poradzić. Zresztą jak już mówiłem, piłkarscy gladiatorzy zdarzają się nadal, tylko są przykryci większą warstwą płaczących panienek. A może to my zmiękliśmy i ci którzy kiedyś byli dla nas twardzielami, dziś stali się bandytami?

butcher

Happy Birthday Freddie Ljungberg !

Każdy kibic futbolu pamięta początki swojej miłości do piłki kopanej. Zazwyczaj jest wtedy małym brzdącem. Na piłkę patrzy przez pryzmat pięknych bramek, kosmicznych trików. Chłonie z niej to, co w tym futbolu najważniejsze i najpiękniejsze. Nie zastanawia się głębiej nad jego sensem, nie rozkminia taktyki, nie bawi się w „menadżera sprzed telewizora”. Nie stara się zastanawiać co trener zrobił w danym meczu źle. Gdzie popełnił błąd w ustawieniu zespołu. Kogo powinien usadzić na ławę bo jest bez formy a kogo desygnował by na zieloną murawę. Kocha piłkę miłością najczystszą, bezwarunkową. Jak każdy młody człowiek szuka sobie wówczas autorytetów. Ludzi, których podziwia.  Tak samo jest w piłce. Praktycznie każdy miał w latach dziecięcych swoich idoli. Piłkarzy, których grę oglądał z największym zapałem i z nieskrywaną przyjemnością. Którymi chciał być w czasie meczu na podwórku przed blokiem lub na betonowym boisku przed szkołą, krzycząc przed rozpoczęciem gry: „Ja jestem Ronaldo/Del Piero/Beckham/Raul”. Gdy strzelał gola, uderzając piłką o ścianę, na której był narysowany prostokąt, mający imitować futbolową bramkę w myślach wyobrażał sobie, że jest właśnie jednym z tych piłkarskich gladiatorów a osiedlowe boisko to tak naprawdę Camp Nou. Sąsiadka w oknie, która zastanawiała się czy dzwonić już po straż miejską, bo to małoletnie tałatajstwo powybija zaraz okna w piwnicy imitowała wraz z koleżankami siedzącymi na ławeczce i podśmiechującymi się i szepczącymi do siebie 60 tysięczną publiczność. A potem widziałeś w tv przepiękną przewrotkę Rivaldo, zabójczego „rogala” Roberto Carlosa czy też atomowe okienko Figo i starałeś się nieporadnie odtworzyć tą sytuację. Nad łóżkiem codziennie rano witał cię wraz z pamiątką z pierwszej komunii poster z „Bravo Sport” z podobizną twojego bożyszcza. Też tak mieliście? Tak miałem i ja. Ja również miałem swojego idola. Idola innego niż wszyscy. Nie porywał mnie strzelecki instynkt Del Piero czy Inzaghiego ani młotek w nodze Roberto Carlosa. Nie jarały mnie dośrodkowania i rzuty wolne Beckhama ani „ruleta” Zidane. Moim klubem był Arsenal. Moją gwiazdą … nie, wcale nie genialny Thierry Henry … nie, nie, Bergkamp i jego mordercza intuicja też nie. Mi imponowała gwiazda reprezentacji Szwecji. Zlatan? Bitch please. „Ibra” chuliganił wtedy jeszcze w Rosengard, szemranej dzielnicy Malmoe. A na murawie „Highbury” zachwycał Fredrik Ljungberg. Dziś Szwed kończy 40 lat!

Od zawsze imponowali mi gracze niekonwencjonalni. Ale ta niekonwencjonalność nie objawiała się zawsze na boisku. W piłkarzu potrafiły przykuć moją uwagę szczegóły. Lubiłem graczy o kontrowersyjnym wyglądzie. Na przełomie wieków takich piłkarzy było naprawdę sporo. Zresztą w tamtych czasach było łatwiej przykuć uwagę swoim imagem niż obecnie. Taribo West i jego kolorowe warkoczyki. Utlenione włosy i broda Portugalczyka Abela Xaviera. Pomarańczowe okulary „Pit Bulla” Davidsa. Był też on. Miał pstrokatą, pofarbowaną na czerwono fryzurę. Ale przede wszystkim zdobywał gole dla „The Gunners”. Najcudowniejszego klubu pod słońcem.

Szczerze? W dzisiejszych czasach prawdopodobnie bym go nie polubił. Bo w gruncie rzeczy jego stylówa trącała troszeczkę metroseksualnością. Miał dużo z Beckhama. Tylko kariery aż takiej nie zrobił. Występował jako model, reklamował bieliznę Calvina Kleina. Potem panowie razem nawet zastąpili swoje modne irokezy fryzurą „na rekruta”. Obaj czarowali na boisku bajeczną techniką. Postawię nawet śmiałą tezę, że Ljungberg wcale nie był od Becksa piłkarsko gorszy. Bo Becks był grajkiem przereklamowanym, tylko marketingowo był królem. A Freddie? Umiał przykuć uwagę skillami. Są gracze na których czasem patrzę, patrzę na ich życiorysy i sobie myślę: „Kurwa, gdybym miał być piłkarzem, właśnie nim chciałbym być”. Piłkarze magnetyzujący swoim jestestwem, stylem bycia. Nawet jeśli w piłce przez swój trudny charakter wiele stracili. Z obecnych zawodników? Na pewno Zlatan, na pewno Quaresma… Kiedyś? Właśnie Fredrik. Chociaż on akurat w porównaniu do wymienionej dwójki był aniołkiem. Dla mnie wystarczyło, że miał czerwone kłaki i świetnie grał :). Zresztą profesjonalistą być musiał. W końcu grał dla Arsenalu w początkowych czasach ery Wengera. Był członkiem „The Invincibles”. Trzy razy był z „Kanonierami” Mistrzem Anglii. Trzy razy zdobywał Puchar tego kraju.  Przez 9 lat gry z armatką na piersi zagrał 313 razy i 71 razy wpisywał się do protokołu sędziowskiego jako strzelec bramki. Dla mnie jego odejście to takie symboliczne zakończenie pewnej epoki w Arsenalu. Od tamtego momentu zespół powoli pikował w dół. Tracił też jakość. On był jednym z ostatnich graczy, którzy byli „Kanonierami” z krwi i kości. Wizytówka lepszych czasów…

Lubiłem go mimo tego, że grał w znienawidzonej przeze mnie reprezentacji Szwecji. Strzelał nam gola w meczu na Stadionie Śląskim w 1999 roku, posyłając piłkę między nogami Kazimierza Sidorczuka. Był jedną z głównych postaci ich kadry gdy w 2003 roku wyrzucali nas z barażu do ME 2004, przegrywając mecz z Łotwą. Przesadziłem troszkę pisząc, że gdy szalał na boisku to Zlatan był jeszcze „noł-nejmem”. „Ibra” jest młodszy od niego zaledwie o 4 lata. Zresztą pojawił się na kartach autobiografii „Ja, Ibra” jako… główny antagonista Ibrahimovicia. „Ibra-Cadabra” kilkukrotnie dawał znać, że żadnego piłkarza nie nienawidził w życiu tak mocno jak Fredrika. Cóż, nie mi te waśnie oceniać. W kadrze „Trzech koron” zagrał 75 razy i zdobył 14 bramek.

Gdy w 2007 roku odchodził z Arsenalu pograł jeszcze rok w Premier League w barwach West Ham. Reszta kariery to już czysta egzotyka. USA, Japonia i Indie. Gdzieś pomiędzy jeszcze epizod w katolickiej części Glasgow. Dziś zasiada na ławce trenerskiej VFL Wolfsburg w roli asystenta Andriesa Jonkera. A dla mnie na zawsze pozostanie ikoną Arsenalu i mojego uwielbienia dla klubu oraz dawnego stylu ekipy z „Highbury” z logo JVC i Dreamcasta na koszulkach. Sto lat Freddie !!! Może to właśnie ty kiedyś zastąpisz „Bossa” na ławce trenerskiej.

zp_Ljungberg-trophy4-020512AFC_3953

Panu już dziękujemy, panie Wenger.

Arsene Wenger. Nie będzie chyba przesadą jeżeli napiszę, że w dużej mierze to właśnie jemu zawdzięczam swoją fascynację zespołem Arsenalu. Fascynację, która rozpoczęła się w okolicach 2002 roku.  „Kanonierzy” byli już wówczas  od 6 lat sterowani przez francuskiego menadżera. Zdążył on już wtedy odcisnąć silną pieczęć na klubie z północnego Londynu. Grupę piłkarskich rzemieślników, grających typową w owych latach angielską rąbankę zdołał przemienić w futbolowych maestrów, których gra była nektarem dla duszy fanów futbolu, kochających piękną grę.  Oddzielił grubą kreską czasy kiedy piłkarze po treningu lądowali w pubie, wcześniej pochłaniając na kolację porcję śmieciowego żarcia i zainicjował czasy gdy piłkarze po treningu chodzili do dietetyka, a o 22 leżeli już w łóżkach.  To dzięki Francuzowi mogłem oglądać jedną z najwspanialszych drużyn w dziejach futbolu – „The Invincibles”, którzy w sezonie 2003/04 wygrali ligę angielska nie notując żadnej porażki. Fenomenalny zespół z Bergkampem, Henrym , Vieirą czy Ljungbergiem w składzie. Kochałem patrzeć wówczas na to co ten zespół potrafił robić na boisku. Z drużyny, w kierunku której kibice rywali wykrzykiwali złośliwie: „Boring, boring Arsenal”, śmiejąc się z usypiającego stylu gry, stali się klubem serwującym fanom piłki techniczne fajerwerki.  Kochałem też w latach późniejszych,  już po zdobyciu trzech tytułów mistrzowskich i czterech FA Cup. Luty 2011 roku. W 1/16 finału Ligi Mistrzów spotyka się właśnie Arsenal i wielka FC Barcelona. Mecz zostaje okrzyknięty starciem dwóch ekip grających w Europie najefektowniejszy futbol. „Kanonierzy” w pierwszym meczu wygrywają na Emirates 2:1. W ich bramce stojący u progu dorosłej kariery Wojtek Szczęsny. Pomimo przegranego rewanżu na Camp Nou (po niesłusznej czerwonej kartce dla Robina Van Persie’go) to był wspaniały dwumecz. Arsenal mimo tego, że był skazywany na porażkę grał dzielnie i walczył do końca przez całe 180 minut tej batalii. Sześć lat później w tej samej fazie rozgrywek ten sam klub zostaje rozbity przez Bayern Monachium 1:5 na własnym boisku. W całym dwumecz 2:10. To był cień Arsenalu sprzed tych  pięciu lat. Nie wspominam już nawet o „The Invincibles”, bo aktualny Arsenal w porównaniu z tamtą drużyną to mało śmieszny żart. Nie było ambicji, nie było polotu. Nie było żadnych przesłanek dających światełko nadziei na nawiązanie walki. Wrażenie troszeczkę lepsze niż Legia w dwumeczu z BVB w fazie grupowej.  To sporo powinno mówić o tym ile dzieli obecnie podopiecznych Wengera od europejskiego, ścisłego topu. Panie Weneger! Może formuła prowadzenie tego zespołu się wyczerpała? Może to najwyższy czas zejść ze sceny? Może tak jak w 1996 roku odnawiał pan ten klub i wywindował go pod względem profesjonalizmu o lata świetlne do góry, tak teraz jest pan hamulcowym  na drodze do tego by Londyńczycy wskoczyli na kolejny pułap? To co było skuteczne 20 lat temu, obecnie może być nic nie warte.  Arsenal traci uznanie, traci renomę w oczach fanów piłki. Arsenal zaczyna być pośmiewiskiem w europejskiej elicie. Stagnacja na poziomie Top 4 w Premier League i wyjścia z grupy LM przestaje zaspokajać ambicje fanów. Zwłaszcza że powoli ulatuje też ta magia i ten styl, którym „The Gunners” urzekali przez tak liczne sezony.

Jak donoszą europejskie media, Weneger podobno pożegnał się już z piłkarzami i wiele wskazuje na to, że faktycznie po sezonie nastąpi w końcu zmiana na ławce trenerskiej Arsenalu. Tak jak dałem do zrozumienia we wstępie tego wpisu – Do Wengera będę miał olbrzymi szacunek już na zawsze. Śmiem wątpić czy w historii „The Gunners” pojawi się jeszcze mendżer, który zrobi tak wiele dla tej drużyny. Wszystko ma jednak swój początek i koniec. To jest według mnie ostatni dzwonek by usunąć się w cień i nie rozmieniać się na drobne.  Dla dobra swojego i dla dobra klubu. Piłka cały czas się rozwija i tak jak Wenger 20 lat temu był trenerem innowacyjnym, nowoczesnym, rozwojowym tak obecnie jego warsztat zaczyna lekko rdzewieć. Królem taktyki Francuz nigdy nie był, co wytykali mu nawet jego zwolennicy, chociażby w książce: „Arsenal: Jak powstawał nowoczesny superklub” Alexa Fynn’a i Kevina Whitchera. W erze w której taktyka odgrywa rolę kluczową, gdzie taktykę wpaja się adeptom futbolowych akademii już od najmłodszych lat a przy linii bocznej królują tacy maniacy jak Diego Simeone czy Antonio Conte, potrafiący szachować ustawieniem swoich zespołów na murawie niczym Garri Kasparov gońcem po czarno-białej planszy, szef „Kanonierów” zdaje się zostawać troszeczkę z tyłu w tym pędzie. Kolejnym, bardzo częstym zarzutem wysuwanym przez kibiców 13 krotnych Mistrzów Anglii na przestrzeni ostatnich sezonów było skąpstwo „Bossa” i niechęć do wydawania większych sum na transfery. Co prawda w ostatnich latach do zespołu dołączyli Mesut Oezil czy Alexis Sanchez, gracze uważani za piłkarzy reprezentujących poziom światowy ale jednak znakiem rozpoznawczym polityki transferowej Arsenalu była opieszałość w trakcie okienek transferowych i ściąganie na ostatnią chwilę graczy prezentujących przeciętne umiejętności. Alex Santos, Gervinho, Sebastian Squillaci … długo tak można wymieniać. Do tego transfery „młodych talentów” z których zawsze słynął klub, ale jednak to za mało. Mnie swego czasu uderzyło wypożyczenie szwedzkiego pomocnika Kima Kallstroma. Nie dość że gracza o umiejętnościach … hmm … średnich, to w momencie wypożyczenia kontuzjowanego. Posunięcie bez jakiegokolwiek logicznego podłoża. Zdania są jednak w tym temacie podzielone. Nie wiadomo na ile to wina menadżera a na ile właściciela i zarządu. Odnoszę zresztą wrażenie że z roku na rok te transfery, poza nielicznymi wyjątkami miały coraz mniejszą jakość i wpływały na coraz gorszą dyspozycję zespołu. Przeciętniactwo. To słowo dobrze opisujące obecna drużynę Arsenalu. Iwobi, Coquelin czy Granit Xhaka, który poza brutalną grą i faktem że czasami odcina mu prąd, moim zdaniem niewiele wnosi do gry drużyny. To zawodnicy, którzy nie powinni stanowić trzonu ekipy mającej aspiracje do walki o najwyższe trofea w Anglii. Tym przeciętniactwem zaraził się w ostatnim czasie nawet Mesut Oezil. Brak tu ikry, brak lidera.

Szczerze? Nie dziwię się zachowaniu Alexisa. Sanchez jest jedynym piłkarzem starającym się ciągnąć ten wózek do przodu w ostatnich meczach. W moim odczuciu jego frustracja wynika z braku akceptacji na taki stan rzeczy. Jest graczem z genem zwycięstwa i chce walczyć do końca w każdej sytuacji. Tego genu brakuje innym. Ramsey, Walcott, Oxlade-Chamberlain. Piłkarze biegający z armatką na piersi od wielu sezonów. Ale chęci umierania za ten klub w nich nie dostrzegam. Dojrzewali w tym zespole w czasie gdy ten już nie zdobywał trofeów. Gdy każdego zadowalało miejsce w Top 4 i awans do Ligi Mistrzów. Może ciężko teraz opuścić strefę komfortu? Sanchez się z tym nie godzi, być może pokazuje swoją frustrację w zbyt ekspresyjny sposób, ale piłkarska ambicja nie pozwala mu na bycie tylko dobrym. On chce odnosić sukcesy, zdobywać trofea. Bardzo ciężko będzie po sezonie zatrzymać Chillijczyka w drużynie. Prawdę mówiąc, nie będę mu jednak miał tego za złe. Za chwilę Arsenal być może stanie się synonimem klubu bez ambicji.

Ostatnimi czasy przeczytałem gdzieś w internecie tezę pewnego z obrońców Wengera, mówiącą o tym, że winę za beznadziejną politykę transferową ponosi właściciel drużyny Stan Kroenke i reszta zarządu, której nie zależy na dalszym rozwoju klubu. Jeżeli tak by było naprawdę, to tym bardziej nie rozumiem co Wenger jeszcze robi w zespole, w którym ogranicza mu się pole działania i doprowadza do sytuacji wpędzającej drużynę w marazm. Wenger ma w tym klubie na tyle silną pozycję, że ma chyba realny wpływ na formowanie kształtu klubu. Chyba, że potulnie przystaje na wszystkie odgórne decyzje. Ale ciężko w to wierzyć.

Era Wnegera dzieliła się na dwie fazy. Granicą pierwszej, tej bardziej udanej był finał Ligi Mistrzów, w którym klub zagrał w 2006 roku. Do tego czasu Arsenal można było zaliczać do klubów ze światowej czołówki. Po tej dacie zaczęło się powolne zakopywanie w jednym miejscu. Stagnacja na poziomie miejsca w pierwszej czwórce i udziału w Lidze Mistrzów. Wczoraj „The Gunners” odpadli na poziomie 1/16 finału po raz siódmy z rzędu. Nie pamiętam już kiedy ostatnio liczyli się do samego końca w walce o tytuł mistrza Anglii. Nawet roku temu, gdy fatalny sezon zanotowała Chelsea, słabszy był Machester City a Manchester United nadal nie może otrząsnąć się po erze Fergusona. W dwumeczu z Bayernem obejrzałem najgorszy Arsenal, jaki widziałem od kiedy kibicuję tej drużynie. Nie wiem co było bardziej żenujące – gra „Kanonierów” czy flaga LGBT i podobizna Che Guevary na sektorze fanów z Bawarii. Nie wierzę w to, że pod batutą Wengera może nastąpić jeszcze jakiś przełom. To jest czas na rewolucję. Trenerze, dzięki za wszystko ale jeśli chcesz ostatni raz zrobić coś dobrego dla tego klubu to ustąp! Chyba że twoim marzeniem jest trenować zespół do, za przeproszeniem, usranej śmierci … a nawet wtedy kierować zespołem za pomocą planszy Ouija.

 

wenger-out

 

#GermanDeathCamps

#GermanDeathCamps. Od kilkunastu dni na portalach społecznościowych można się natknąć na powyższy hashtag. Jest on odpowiedzią polskich internautów, na coraz częściej pojawiające się w zagranicznych mediach określenie: „polish death camps”. Czara goryczy przelała się w momencie gdy pan Karol Tendera, były więzień obozu Auschwitz-Birkenau zaskarżył największą niemiecką stację telewizyjną ZDF, domagając się przeprosin za użycie sformułowania „polskie obozy zagłady”. ZDF sprawę przegrał i został zobowiązany do zamieszczenia przeprosin na swojej stronie internetowej. Nie ukazały się one jednak na głównej stronie. Tam umieszczony został jedynie niezbyt rzucający się w oczy odnośnik, przekierowujący do przeprosin. Krótko mówiąc, Niemcy potraktowali całą sprawę po macoszemu. Takiego obrotu sprawy nie wytrzymała jednak polska społeczność internetowa. Wszak nie był to pierwszy raz, gdy obcojęzyczne media szerzyły to niefortunne hasło. I tak jak na siłę potrafię sobie jeszcze wytłumaczyć, że użycie zwrotu o „polskich obozach koncentracyjnych” padające z ust Amerykanów wiąże się z ich ignorancją i nikłą wiedzą historyczną (zwrotu użył nawet swego czasu Barrack Obama), tak nie wierzę w żadną przypadkowość, gdy robią to Niemcy. „Der Spiegel”, „Bild”, „Die Zeit, „Die Welt”, „Focus”. To tylko niektóre niemieckie gazety, mające na sumieniu powielanie tego błędu. Ciężko więc się dziwić, że w Polakach coś w końcu pękło.

Wg. oficjalnych źródeł, w czasie II Wojny Światowej w obozach zagłady śmierć poniosło około 3,5 mln obywateli polskich. W obozach budowanych z inicjatywy Niemców. Niemców, którzy w coraz mniej dyskretny sposób, próbują obarczać winą również nasz kraj. Przez wiele lat „nasz” rząd zachowywał się biernie wobec tego typu zachowań.  W końcu społeczeństwo połączyło siły, przeszło do kontrofensywy i zaczęło przeciwstawiać się spluwaniu na honor naszej ojczyzny oraz odkłamywać te oszczerstwa. A i obecny rząd w akurat tej kwestii wydaje się odważniej zwracać uwagę na to że problem faktycznie istnieje.

Skąd w ogóle wzięło się określenie „polish death camps”? Wg. profesora Grzegorza Kucharczyka, geneza tego określenia sięga końca lat 50-tych ubiegłego wieku i zostało z premedytacją wprowadzone do publicznej dyskusji przez wywiad RFN. Również osoby z nazistowską przeszłością. Tak profesor, zajmujący się badaniem historii Niemiec mówił w wywiadzie dla wPolityce.pl:

„Kłamliwy termin +polskie obozy koncentracyjne+ stworzyli pod koniec lat pięćdziesiątych funkcjonariusze wywiadu Republiki Federalnej Niemiec, którzy w czasie wojny pracowali dla III Rzeszy. To byli ludzie, którzy po kapitulacji Niemiec znaleźli się w strefach okupowanych przez aliantów zachodnich, częściowo zostali przejęci przez Amerykanów, a potem zaczęli robić swoje na polu tak pojętej polityki historycznej. Był to wynik nierozliczenia się państwa niemieckiego ze zbrodniami popełnionymi przez Niemców w czasach II wojny światowej”

Tak więc jak widać, owo określenie może być sposobem naszych zachodnich sąsiadów na leczenie swoich kompleksów, związanych z własną, nieodległą historią. Być może Niemcy, kosztem naszego kraju chcą podleczyć swoje ego. Nasze pokolenie, być może jako już ostatnie ma szansę usłyszeć świadectwo tamtych dni od osób, które przeżyły piekło II WŚ. Niemcy mają nadal widoczne, dość wyraźne plamy na płaszczu swojej historii. Jeżeli jednak ich propaganda będzie działać w ten sposób, a my pozostaniemy bierni na ich działania, to za kilkadziesiąt-kilkaset lat świat będzie się uczył o tym, jak w połowie XX wieku mordowano Żydów w „Polskich obozach zagłady”. Oczywiście pod bacznym okiem polskich strażników. A Niemcy we wrześniu 1939 roku napadli na Polskę by tych Żydów wyzwolić…Gotowy scenariusz na „Nazi matki, nazi ojcowie II”. Science fiction? Na razie tak, ale coraz łatwiej mi uwierzyć w taką możliwość.

Theodore N. Kaufmann, bliski doradca prezydenta F.D. Roosvelta, miał dość brutalną wizję pozbycia się narodu niemieckiego. Chciał doprowadzić do wysterylizowania wszystkich osób narodowości niemieckiej i w ten sposób pozwolić wymrzeć „rasie panów” śmiercią naturalną. Tak pisał o tym w swojej książce „Germany Must Perish”, wydanej w 1940 roku, która robiła furorę na rynku amerykańskim:

„Ta wojna nie jest wojną przeciw Hitlerowi. Nie jest też prowadzona przeciwko nazistom(…) Dla Niemiec istnieje tylko jedna kara: Niemcy trzeba zniszczyć raz na zawsze ! Muszą umrzeć ! I to w rzeczywistości! Nie tylko w wyobraźni ! (…) Nie istnieje żadna droga pośrednia, żaden kompromis, żadne wyrównanie: Niemcy muszą umrzeć, i na zawsze zniknąć z powierzchni ziemi! Ludność Niemiec wynosi 80 milionów, która rozkłada się równo na obie płcie. Żeby wyniszczyć Niemców trzeba około 48 milionów z nich wysterylizować (…) Sterylizacja mężczyzn w oddziałach wojskowych jest stosunkowo łatwa i szybko do przeprowadzenia. Przyjmując że przeznaczymy do tego 20.000 lekarzy i każdy z nich dokona 25 operacji dziennie, będzie to trwać najwyżej jeden miesiąc aby ta sterylizacja w wojsku została zakończona(…) Ponieważ więcej lekarzy stoi do dyspozycji, potrzeba będzie nawet mniej czasu. W ten sposób całą męską populacje cywilów można wysterylizować w trzy miesiące. Sterylizacja kobiet i dzieci zajmie więcej czasu, trzeba przyjąć że wysterylizowanie wszystkich kobiet i dzieci zakończy się w trzech latach. Ponieważ już jedna kropla niemieckiej krwi robi Niemca, jest ta sterylizacja obojga płci konieczna. Przy całkowitej sterylizacji przestanie wzrastać rata urodzeń. Przy normalnej śmiertelności wynoszącej 2% rocznie, zmniejszy się liczba Niemców rocznie o 1,5 miliona. W ten sposób przez dwa pokolenia sprawa się zakończy, co w innym wypadku kosztowało by życie milionów i setki lat pracy : mianowicie wymazanie niemieckości i jego
nosicieli.”

(Źródło: http://niepoprawni.pl/blog/2640/germany-must-perish-zapomniany-plan-kaufmana)

Troszkę delikatniej, chociaż nadal dość radykalnie, chciał postąpić z III Rzeszą Henry Morgenthau – amerykański sekretarz skarbu. „Plan Morgenthaua” miał na celu stworzyć z kraju naszych zachodnich sąsiadów państwo pastersko-rolnicze, całkowicie ich zdemilitaryzować oraz zlikwidować im przemysł ciężki: (https://pl.wikipedia.org/wiki/Plan_Morgenthaua). Owy plan był nawet początkowo akceptowany przez Roosvelta i Churchilla, jednakże ostatecznie przepadł. W zamian Niemcom pozwolono znów dość szybko stanąć na nogi i rozwinąć się gospodarczo i ekonomicznie do tego poziomu, że znów w krótkim czasie byli liczącym się państwem na arenie europejskiej. Taka kara za wywołanie kolejnej wojny w przeciągu ćwierćwiecza. Nas za to oddano w prezencie Stalinowi. Taka nagroda za bycie pierwszą ofiarą Drugiej Wojny i walkę po stronie Aliantów. Z perspektywy czasu możemy jedynie żałować, że w życie nie wszedł plan Morgenthaua. Przynajmniej jeden, brużdżący nam od wieków, wrogi kraj zostałby zneutralizowany.  Brutalne ale prawdziwe. Mam wrażenie że największą karą dla Niemców pozostał wstyd historyczny. Wstyd, którego konsekwencje ponoszą tak naprawdę po dziś dzień. Piętno narodu, który chciał eksterminować inne nacje, dzielił ludzi na lepszych i gorszych. Teraz to tak na nich ciąży, że chcą być do tego stopnia tolerancyjni iż bezrefleksyjnie ściągają do siebie tabunami imigrantów różnej maści. Doprowadzają do rozkładu własnego społeczeństwa i destabilizacji nastrojów. To w konsekwencji może doprowadzić powtórnie do narastania popularności skrajnych ideologii i koło się zamknie. Ewentualnie, porównując wzrost demograficzny Niemców a napływających do nich przybyszy z krajów islamskich, zmarginalizują się etnicznie we własnym państwie. I nie będzie potrzeba żadnych planów Kaufmana ani Morgenthaua. Science fiction? Jeszcze tak. Ale to akurat nie nasza sprawa.

Naszym problemem jest fakt, że Niemcy próbują z siebie robić w tym wszystkim centralnych moralizatorów Europy, narzucając innym krajom swój tok myślenia. Hmm … 70 lat od wstrząsających wydarzeń II WŚ to jak dla mnie zbyt mały bufor. Dlatego denerwuje mnie robienie z Niemców wzoru cnót i moralnych przywódców Europy. Przepraszam, ale ja nie mam zamiaru podążać drogą wytyczoną mi przez potomków ludzi, którzy przez 1000 lat historii mojej ojczyzny, praktycznie zawsze byli jej antagonistami. Dlaczego tym razem miało by być inaczej?

Odnoszę wrażenie, że jeśli chcę być pełnoprawnym Europejczykiem XXI wieku muszę odrzucić kultywowanie historii. To przecież przeżytek. Może to także wymysł Niemców? Kto by chciał kultywować historię taką jak ich… A tak na serio. W Polsce mamy próbę wprowadzenia „(.N)owoczesności”. Ta próba rodzi osoby pokroju pani posłanki Scheuring-Wielgus. Posłanki twierdzącej, że Polska jest zbyt „malutka” na arenie międzynarodowej i winna się podporządkować woli Niemiec. Jest mi zwyczajnie, po ludzku przykro że ktoś taki decyduje o losach mojego kraju, dzierżąc mandat poselski. Polityka spolegliwości. Polityka ukierunkowana na to, by podporządkować się woli zachodu. Polityka marionetek. A moze to jest przykład ofiary propagandy w stylu „polish death camps”? Osoba z wszczepionym pierwiastkiem wstydu? Wypracowywanym i formowanym w niej przez lata, przez osoby chcące mieć wpływ na bieg historii. Mentalność niewolnika i sługusa, przysłonięta poczuciem bycia „oświeconym członkiem społeczeństwa XXI wieku”. Najgorsze to dać sobie wmówić, że nic nie znaczymy. Pozwolić zmieniać własną tożsamość i dać się wykastrować z własnych ideałów. W imię czego? Bycia akceptowanym przez świat? Przez system? Za cenę tego by podporządkować się tym, którzy sobie tego życzą? Stać się bezkształtną masą? Nie. Działajmy zgodnie zgodnie z własnym sumieniem i zgodnie z prawdą. Próbujmy chociaż częściowo odkłamać ten świat. W imię tego w co wierzymy. Mówmy jak jest. #GermanDeathCamps !

 

Preparations For The 70th Anniversary Of The Liberation Of Auschwitz-Birkenau
OSWIECIM, POLAND – NOVEMBER 15: The infamous German inscription that reads ‚Work Makes Free’ at the main gate of the Auschwitz I extermination camp on November 15, 2014 in Oswiecim, Poland. Ceremonies marking the 70th anniversary of the liberation of the camp by Soviet soldiers are due to take place on January 27, 2015. Auschwitz was a network of concentration camps built and operated in occupied Poland by Nazi Germany during the Second World War. Auschwitz I and nearby Auschwitz II-Birkenau was the extermination camp where an estimated 1.1 million people, mostly Jews from across Europe, were killed in gas chambers or from systematic starvation, forced labour, disease and medical experiments. (Photo by Christopher Furlong/Getty Images)

Witam was w 2017 !

Nowy rok, nowe możliwości jak to się zwykło mawiać na przełomie grudnia i stycznia.  Football Patriot wita was w pierwszym wpisie w roku 2017. 366 dni starego roku za nami.  Każdy zapewne głowę ma pełną noworocznych postanowień i liczy na „nowe otwarcie”. Większość pewnie w połowie stycznia, najdalej na początku lutego odpuści sobie: regularne bieganie, dietę czy siłownię. Chwyci za kieliszek, zapali fajkę lub skonsumuje szamę z Mac’a. No ale po to też jest ta niepowtarzalna, jedyna noc w roku w czasie której zmienia się ostatnia cyferka w kalendarzu, żebyśmy mogli startować w dalszą podróż, zwaną życiem odpowiednio umotywowani.  Po to jest abyśmy mogli zrobić sobie rachunek sumienia. A jaki to był rok jeśli chodzi o futbol? Pod kątem polskiej piłki najlepszy jaki pamiętam. Zresztą podsumowałem już go w dużej mierze po ostatnim meczu naszej kadry w listopadzie. Jak ktoś nie czytał to:

https://futbolowarebelia.wordpress.com/2016/11/23/2016-czyli-najlepszy-rok-polskiego-futbolu-w-xxi-wieku/

A pod względem piłki światowej? Futbol jest tak rozległym tematem że każdy rok jest magiczny. Każdy rok kryje w sobie tysiące super treści. Magiczne mecze, wzruszające momenty, wielkie transfery, smaczki okołofutbolowe. Co jednak mi utkwiło najbardziej w głowie przez te ostatnie 12 miesięcy?

Największym wydarzeniem z pewnością był w 2016 roku francuski czempionat. Że był on dla mnie i chyba większości polskich kibiców: wspaniały, historyczny, niezapomniany i w ogóle „och i ach” to logiczne. Ćwierćfinał wielkiej imprez. Polska kadra wygrywająca po rzutach karnych, nie przegrywająca żadnego meczu w regulaminowych 90 minutach gry. W styczniu 2016 bralibyśmy to w ciemno. Ale wyłączając świetną grę podopiecznych Nawałki? Był to pierwszy turniej na którym wystąpiły 24 drużyny. Dzięki temu we Francji było na tyle „egzotycznie” że obejrzeliśmy w akcji chociażby kadry Islandii i Albanii. Nikt jakoś szczególnie nie odstawał. Poziomu nie zaniżał, ale może to dlatego że… szczerze? Było to chyba najgorsze Euro jakie pamiętam. Większość meczy pasywna. Bardzo defensywnie ustawione drużyny, nastawione na kontratak. Słaby był już Mundial w Brazylii dwa lata temu a Francuski turniej zdecydowanie go przebił in minus. O żadnej z drużyn nie mogę powiedzieć z czystym serduchem by zasługiwała na wzniesienie pucharu Henri Delanuay’a. Portugalia? Bez wygranego meczu w grupie. Wymęczone awanse w 1/8 i ćwierćfinale. Jedynie półfinał poszedł im dość sprawnie. Mega nudny finał  z Francją był stemplem dla tego wątpliwej jakości turnieju. Grecy ze swoim „murowaniem bramki” w 2004 roku zrobili na mnie lepsze wrażenie niż podopieczni Santosa. Przecież gdyby nadal obowiązywała dotychczasowa 16 drużynowa formuła to CR7 i spółka nawet by nie wyszli z grupy…

Bardziej niż z powodów czysto piłkarskich zapamiętam czerwcowy czempionat z wydarzeń okołofutbolowych. Istna wojna rozgrywała się na ulicach francuskich miast. Głównie za sprawą rosyjskich chuliganów, których agresja skupiła się w największej mierze na fanach z Anglii. Oj, zawiało szalonymi latami 90tymi a nasłuchując kolejnych relacji z ulic chociażby Marsylii miałem wrażenie jakbym czytał wspomnienia Cass’a Pennant’a z książki „Historia armii angielskich chuliganów”. Chociaż akurat w tym wypadku „Dumni synowie Albionu” występowali głównie w roli chłopców do bicia:

https://www.youtube.com/watch?v=5Hi-Dv57d4E

Piosenka tego Euro? Bardziej niż „This one’s for you” Davida Guetty i Zary Larsson utkwi mi w pamięci „Will Grigg’s on fire” w wykonaniu fanów z Irlandii Północnej ;).

https://www.youtube.com/watch?v=Y3YuvPGQ0Cc

Aczkolwiek i oficjalna piosenka imprezy dawała radę i zapadnie w pamięć gdzieś tam obok „Carnival de Paris” Dario G czy „Waka, waka” Shakiry. Tutaj w wersji zrobionej specjalnie dla fanów z Polski:

https://www.youtube.com/watch?v=_S5Ps7dMlw8

Co poza tym? Joachim Loew wkładający paluchy w różne zakamarki swojego ciała, Simone Zaza i jego skip A przy wykonywaniu rzutu karnego, niesamowita ekipa kibicowska Węgrów, Islandczycy czyli „czarny koń” turnieju oraz ich legendarna przyśpiewka:

https://www.youtube.com/watch?v=EnB4MkmA-5Y

To tyle jeśli chodzi o największe wydarzenie 2016 roku.

Najlepszy mecz ostatnich 12 miesięcy? Liverpool vs. Dortmund na Anfield w Lidze Europy, po którym powstał ten tekst:

https://futbolowarebelia.wordpress.com/2016/04/15/wpis-ktorego-mialo-nie-byc-ale-jest-bo-futbol-to-magia/

Copa America? Przyćmione przez odbywające się w tym samym czasie Euro. Zapamiętam ten turniej najbardziej przez pryzmat sfochowanego Messiego, któremu chwilowo odechciało się grać w barwach „Albicelestes” po kolejnym przegranym finale wielkiej imprezy.

Liga Mistrzów? Druga już w ciągu trzech lat wewnętrzna rozgrywka klubów z Madrytu z której zwycięską ręką wyszła ponownie ekipa prowadzona przez Zinedine Zidane. Zresztą europejskie puchary to w ostatnim czasie totalna dominacja hiszpańskich drużyn. Tak było również w ubiegłym roku. Liga Europy to poletko na którym równych nie ma sobie Sevilla. Ekipa z Andaluzji po raz trzeci z rzędu sięgnęła po to trofeum a w przeciągu ostatniej dekady wznosili ten puchar aż pięć razy. Dziś już bez Unai’a Emery’ego na ławie trenerskiej, którego skusiły paryskie petrodolary i perspektywa prowadzenia klubu, no co by nie było bogatszego i mocniejszego kadrowo niż Sevilla, piłkarze Palanganas nie wywalczą zwycięstwa w Lidze Europy po raz czwarty z rzędu. A to dlatego, że Sevilla wyszła ze swojej grupy w Champion’s League i powalczy w roku 2017 o jej wygranie. Liga Mistrzów zapadnie jednak nam w pamięci z innego powodu. Po raz pierwszy od 20 lat zagrała w niej polska drużyna. Legia Warszawa w najlepszych klubowych rozgrywkach zaliczyła istną huśtawkę nastrojów. Od solidnego lania 0:6 od BVB przez 3:3 z madryckim Realem przy pustych trybunach na Łazienkowskiej, szalonego i rekordowego w liczbie bramek w jednym meczu LM 4:8 na Signal Iduna Park aż po zwycięstwo 1:0 po bardzo dobrym spotkaniu w Warszawie ze Sportingiem, który ostatecznie dał stołecznemu klubowi przepustkę do gry w Lidze Europy na wiosnę tego roku. Tam Legioniści zmierzą się z Ajaxem Amsterdam. Będzie to rewanż za wyeliminowanie ich z gry przez Holendrów 2 lata temu. Wówczas sporą cegiełkę do tego awansu dorzucił Arek Milik, którego w ekipie Ajaxu już nie ma. Warszawianie przystąpią za to do meczu z Miro Radoviciem, którego z kolei w kontrowersyjnych okolicznościach zabrakło w dwumeczu z 2015 roku. Teraz po 2 letniej bezproduktywnej tułaczce wrócił do klubu, którego barwy reprezentował w karierze najdłużej i jest jednym z jego najjaśniejszych punktów. Przy temacie Legii Warszawa warto wymienić jeszcze dwa nazwiska: Magiera i Odjidja-Ofoe. Pierwszy przejął schedę na ławce trenerskiej po jednym z największych parodystów w historii polskiej piłki – Besniku Hasim, który tylko dzięki boskiej opatrzności nie spierdolił CWKS-owi awansu do LM na 100 lecie klubu. Magiera pozbierał kawałki rozbitej Legii i posklejał je w całkiem sensowną całość. Stołeczny klub znów zaczął dominować naszą rodzimą ligę i pokazał lwi pazur w europucharach. Drugi z piłkarzy jest moim zdaniem najlepszym obcokrajowcem w historii ekstraklasy. Technika użytkowa, prostopadłe piłki, jakość podań to ile widzi na boisku… jakim cudem ten piłkarz gra w naszej e-klapie? Co w jego życiu poszło nie tak, że z takim talentem musi grać w kraju nad Wisłą? Nie mam pojęcia. Przypomnę jeszcze tylko że dublet na 100-lecie klubu Legioniści wywalczyli pod wodzą Stanislava Czerczesowa, który po spełnieniu swojej misji przy Łazienkowskiej dostał angaż jako selekcjoner reprezentacji Rosji. Niestety europejskie puchary to tradycyjnie nie jest sam miód w wykonaniu polskich drużyn:

https://futbolowarebelia.wordpress.com/2016/07/08/eurowpierdol/

Ligi europejskie? W Niemczech bez zmian – Bayern, w Italii też – Juve, Francja to PSG i długo, długo nikt (chociaż po odejściu Ibry sporo się w tej kwestii zmieniło), w Hiszpanii w tamtym roku Barca czyli też nudy. Z rutyny wyrwała nas na szczęście Anglia w której Leicester City napisało w ubiegłej kampanii na nowo bajkę o Kopciuszku. Tak pisałem o tym po końcu sezonu:

„Kojarzycie taki schemat filmu? Mamy drużynę złożoną z nieudaczników, taką z której każdy się śmieje. Każdy z jej członków to fajtłapa mający jakiś defekt. Nagle pojawia się gość, najczęściej też z jakąś niechlubną przeszłością, który bierze tę zgrają pod skrzydła i po jakimś czasie wydobywa z nich ukryty potencjał, robi z nich świetnie współpracujący kolektyw. Takie ckliwe kino familijne puszczane w świąteczne przedpołudnie na jakimś Polsacie. Na pewno taki film kiedyś oglądaliście. „Potężne kaczory,” „Reagge na lodzie”, „Ich własna liga”. Sporo było takich produkcji. W tym sezonie życie napisało identyczny scenariusz w Leicester.  W sezonie 2013/14 „Lisy” wróciły po pięcioletniej banicji do najwyższej klasy rozgrywkowej. W składzie drużyny m.in. reprezentant Polski Marcin Wasilewski. W sezonie 2014/15 drużyna zajmuje 14 miejsce w tabeli. Przed sezonem 2015/16 bukmacherzy są skłonni bardziej uwierzyć w to że Elvis nadal żyje a nawet w fakt, że Kim Kardashian zostanie prezydentem USA aniżeli w wygraną „Lisów” na koniec sezonu.  Dodatkowo z zespołu zostają wyrzuceni: Tom Hooper, Adam Smith i James Pearson, którzy podczas wypadu do Bangkoku nagrali sobie seks-taśmę, na której w dość niewybredny sposób młodzi zawodnicy wyrażali się o trójce młodych Tajek, które ich „obsługiwały”. W taki oto niebanalny sposób zespół rozpoczął przygotowania do nowego sezonu. Należy również nadmienić że James Pearson to syn ówczesnego trenera Leicester – Nigela. W tej sytuacji opiekunowi „The Foxes” nie zostało nic innego jak podać się do dymisji. W jego miejsce pojawia się Claudio Ranieri, włoski trener, który kilka miesięcy wcześniej wsławił się tym, że jako selekcjoner reprezentacji Grecji, przejebał dwukrotnie w eliminacjach do Euro 2016 z Wyspami Owczymi! Nie no, gdyby spojrzeć w jego CV, to trzeba przyznać że kluby, które prowadził w swojej karierze robią wrażenie! Chelsea, Inter Mediolan czy Juventus! Gorzej tylko, że przez prawie 20 lat pracy na stanowisku trenera, jego największe sukcesy to – Puchar Hiszpanii z Valencią, Puchar Włoch z Fiorentiną i Superpuchar Europy również z Valencią. Trzeba przyznać że jak na menadżera, przez tyle lat siedzącego no, było nie było w klubach z piłkarskiego topu, nie jest to dorobek zbyt imponujący. W dodatku gość pod swoimi skrzydłami ma – Kaspera Schmeichela, bramkarza najbardziej znanego z tego że jest synem Petera. Roberta Hutha, gościa znanego z tego że sto lat temu grał, a raczej przewinął się przez Chelsea. Dopóki Ranieri nie wyciągnął go z kapelusza to zapomniałem że gość żyje, równie dobrze mógł sprowadzić Owena Hargreaves’a. Riyada Mahreza, gościa, który jeszcze trzy lat temu, w wieku 22 lat grał w rezerwach francuskiego Le Havre. Kapitanem zespołu jest Wes Morgan – gość gra w reprezentacji Jamajki. Muszę dodawać coś więcej? No i Jamie Vardy, ten to w ogóle jest gagatek. Gość, który pracował przy produkcji szyn medycznych a swego czasu biegał po boiskach w angielskich pipidówach z policyjną obrączką na nodze i musiał być w domu przed 18stą, bo tak orzekł sąd po tym gdy Vardy miał sprawę za bójkę w barze. Poza tym? Kante, Albrighton, Drinkwater, Fuchs. No nie są to nazwiska, które w wakacje 2015 wywoływałyby ciarki na plecach fanów futbolu. Właśnie taka filmowa zbieranina osobliwości pod wodzą gościa z też nie najlepiej zapisaną kartą. I nagle zdarza się cud. Mahrez to najlepszy reżyser gry w lidze, Vardy bije rekord Van Niestelrooya w ilości kolejnych spotkań w których zdobył bramkę a na koniec sezonu zdobywa koronę króla strzelców. Huth to ściana nie do przejścia. Kante wykonuje mrówczą robotę, porusza się po boisku jakby miał teleporter. Kasper Schmeichel to już nie syn Petera, to … Kasper Schmeichel, jeden z najlepszych bramkarzy Premier League. Reszta też gra swój sezon życia, razem tworzą mieszankę wybuchową. Przyznam szczerze, cały sezon czekałem aż się wykoleją, wpadną w kryzys, nie wierzyłem że wytrzymają tempo, że dadzą rade uciekać przed wielkim. Arsenalem, ManC nawet Tottenhamem. A jednak! Zrobili to. Pieprzone Leicester zostało mistrzem Anglii ! Kto nie kocha takich baśniowych historii w futbolu? Ja jako piłkarski romantyk, uwielbiam. Jedyną łyżką dziegciu w tej beczce miodu jest dla mnie fakt, że tylko symboliczną rolę w tym sukcesie odegrał Marcin Wasilewski. Szkoda, bo „Wasyl” to piłkarz, który jak żaden inny Polak zasługiwał na bycie częścia tej niesamowitej historii.”

Najpiękniejsza bramka zeszłego roku? Wybieram trafienie zapomnianego Kevina Prince Boatenga:

https://www.youtube.com/watch?v=ssoxmXoBll8

Numer dwa? Mesut Oezil z Ludogortsem Razgrad:

https://www.youtube.com/watch?v=Kk1NorxiuaI

Trzy? Shaquiri przeciwko nam na Euro…

https://www.youtube.com/watch?v=qsVODIka6pQ

Ok. Starczy już tych wspominek. Jak napisałem na wstępie – mamy nowy rok i nowe możliwości. Także ja mam pewne postanowienia odnośnie prowadzonego przeze mnie bloga i profilu Football Patriot na FB. Chciałbym zacząć pisać na blogu systematycznie. W związku z tym postaram się wrzucać tutaj coś przynajmniej raz w tygodniu. Takie podsumowanie piłkarskiego tygodnia lub coś w tym stylu. Chciałbym również wprowadzić kilka stałych rubryk na wspomnianym fb -à https://www.facebook.com/FootballPatriot/?fref=ts. M.in. przypominać sylwetki dawnych gwiazd futbolu. Nie zabraknie na pewno też wpisów traktujących o tematyce społecznej oraz kolejnych recenzji książek w rubryczce „Biblioteczka Football Patriot”. Tym razem częściej niż raz na pół roku ;). Dobra. Koniec pisania o postanowieniach a czas brać się do roboty. Chciałbym by grono czytelników tego bloga stale się również powiększało, więc jeśli uważasz że warto poświęcić kilka chwil życia na przejrzenie zawartych w nim treści to poleć go znajomym lub chociaż „polajkuj” treść na FB.

Wszystkim odwiedzającym tą stronkę chciałbym zaś życzyć w Nowym Roku masy motywacji do spełniania swoich wszelakich marzeń. Sky is the limit ! Pamiętajcie. Dopinguję was w dążeniu do wyznaczonych sobie celów! Powodzenia!

Na koniec jak dla mnie najlepsza fotka (no może nie w 100% piłkarska) minionego roku 😉 – autorstwa Piotra Kuczy.

love

Zacznij bloga na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑