Lekcja Historii #15: Jak Pele podbijał Amerykę?

Urodził się 85 lat temu, zmarł 29 grudnia 2022. Pozostanie w pamięci kibiców jako król futbolu. Jako jedyny z najwybitniejszych piłkarzy w historii nie grał w europejskim klubie. Był oddany Santosowi, ale przyczynił się też do popularyzacji soccera w USA.

Dla Brazylijczyków był skarbem narodowym. Nie chcieli wypuścić go z kraju. Dopiero gdy miał 35 lat i zbliżał się do końca kariery, mógł zagrać w Stanach Zjednoczonych. New York Cosmos to rzeczywiście miał być kosmiczny klub. Franz Beckenbauer, Johan Neeskens czy Giorgio Chinaglia zyskali sławę w wielu zakątkach świata, a teraz o ich sportowej klasie mieli przekonać się także niepałający zbytnią sympatią do piłki Amerykanie.

Jak rodził się gwiazdozbiór?

1971 to rok, w którym w amerykańskiej piłce rozpoczęła się rewolucja. Dwóch biznesmenów tureckiego pochodzenia, Ahmed i Nesuhi Ertugun, mając aprobatę Steve’a Rossa, dokonało niespodziewanej inwestycji, która jednak zelektryzowała sportowe środowisko za Atlantykiem.

To miał być projekt z rozmachem. A nazwa też powinna budzić respekt. Pierwszym pomysłem było Mets, skrót od Metropolitan. Kolejnym i ostatecznie zaaprobowanym Cosmos, od słowa Cosmopolitan.

Niewykluczone, że przeciętnemu kibicowi Pele kojarzy się przede wszystkim z wirtuozerią i sukcesami w finałach mistrzostw świata. Jednak nie można zapominać, że występował z powodzeniem w Santosie aż 18 lat. Zdobył z tą drużyną sześć tytułów mistrzowskich (1961, 1962, 1963, 1964, 1965, 1968) oraz dwa Copa Libertadores – południowoamerykański odpowiednik Ligi Mistrzów (1962 i 1963). Dwukrotnie triumfował też w Pucharze Interkontynentalnym (1962, 1963 – zwycięstwa z Benficą i AC Milan), a raz w Superpucharze Interkontynentalny (1968 – wygrana w finale z Interem Mediolan).

Przywitany przez Reagana

W 1974 wydawało się, że nie będzie już dłużej grać w piłkę, ale władze New York Cosmos go przekonały, by został ambasadorem piłki nożnej w USA. Chociaż wtedy Amerykanie uchodzili za futbolowych ignorantów, to jednak Pelego nie wypadało nie znać.


– Nazywam się Ronald Reagan. Jestem prezydentem USA. Ty nie musisz się przedstawiać, bo wszyscy wiedzą, kim jest Pele – powiedział ówczesny lokator Białego Domu.


Pele najprawdopodobniej miał nadzieję, że w Stanach Zjednoczonych będzie anonimową postacią, co da mu swobodę na co dzień, bo nie będzie oblegany przez kibiców. Tymczasem po przybyciu Brazylijczyka do Nowego Jorku na domowych meczach Cosmosu stadion pękał w szwach.


Pele wspominał, jak bardzo się zdziwił, gdy postanowił obejrzeć mecz baseballu z Dickiem Youngiem, znanym dziennikarzem sportowym, który nie wierzył w powodzenie misji popularyzowania piłki nożnej w Ameryce. Gdy kibice zauważyli Pelego, to wręcz oszaleli. Każdy chciał choćby na chwilę spojrzeć na wybitnego piłkarza. Malkontent Dick natomiast przyznał, że był w błędzie:
– Myliłem się, jesteś naprawdę sławny.


Gdy Pele przeniósł się do Cosmosu w czerwcu 1975, to zarabiał 1,4 mln dolarów rocznie, czyli jak na ówczesne standardy naprawdę dużo. Ba, to była wręcz zawrotna kwota. Trzykrotny mistrz świata musiał być rozpieszczany wysokimi zarobkami, a gdy zadebiutował w meczu z Dallas Tornado, to media śledziły każdy ruch geniusza piłki. Dowód? Transmisja spotkania w 22 krajach, 300 akredytowanych dziennikarzy, którzy docierali do Stanów Zjednoczonych z różnych zakątków globu.

Jakiego polityka urzekł?

Pele zafascynował także… Donalda Trumpa, który przed finałem Klubowych Mistrzostw Świata w USA został zapytany przez reporterkę o piłkarza wszech czasów. Po chwili namysłu amerykański prezydent odparł:

– Wiele lat temu, gdy byłem młody, to na boisku wiódł prym piłkarz nazywany Pele, który grał w drużynie Cosmosu. Nie chcę się postarzać, ale to było dawno temu. Byłem młody i przyszedłem oglądać Pelego, a on mnie oczarował. Chociaż pewnie jestem staromodny, podtrzymuję zdanie, że Pele był świetny.

Pele był nie tylko ikoną futbolu, ale też jednym z pionierów marketingu sportowego, bo znaczące firmy go rozchwytywały, kusiły lukratywnymi ofertami współpracy. Jaka to była skala? W tamtych czasach kontrakty reklamowe opiewające na łączną wartość czterech milionów rocznie to był wyczyn. Piłkarz zadbał też o to, by otrzymywać 50 procent wpływów z praw do wizerunku.


Pele wpływał na rozwój piłki w różnych aspektach. Moda na Cosmos stała się niepodważalnym faktem, o czym świadczył znaczny wzrost frekwencji, niemal dwukrotny. Gdy zaczął grać w USA to było średnio 7,5 tys. widzów na meczu. A „efekt Pelego” sprawił, że na trybunach zasiadało 13,5 tys., gdy Brazylijczyk powoli żegnał się z amerykańską publicznością. Ta średnia robi wrażenie.

Był prawie martwy

20 czerwca 1975 niemal doszło do tragedii. Dziesięć dni wcześniej Pele podpisał kontrakt z New York Cosmos. W meczu z drużyną z Bostonu musiał zmierzyć się z Eusebio, portugalską legendą. Gracz pochodzący z Mozambiku później powiedział wyraźnie poruszony, że miał obawy, iż Pele może zginąć (źródło: WP Sportowe Fakty).


Cała afera wynikała z tego, że choć stadion, na którym był rozgrywany mecz, miał pojemność 12 500 tys. miejsc, organizatorzy nic sobie z tego nie robili i wpuścili na trybuny ponad 20 tys. widzów.


– Wszędzie widziałem kibiców, za bramkami, przy samych liniach bocznych. Piłkarze musieli zwrócić im uwagę, by się przesunęli przy wrzutach piłki z autu – wspominał Clive Toye. Na trybunach przeważali imigranci, którzy dotarli do Stanów z Portugalii czy Włoch, czyli krajów zakochanych w futbolu.
Gdy w 78. minucie Eusebio oddał świetny strzał z rzutu wolnego, zdobywając bramkę na 1:0 dla Bostonu, to z boiska trzeba było pozbyć się kilku intruzów. Po chwili na trafienie Portugalczyka odpowiedział Pele, doprowadzając do wyrównania. Choć po chwili nastąpił zwrot akcji i okazało się, że gol nie zostanie uznany. Szkopuł w tym, że kilkunastotysięczny tłum, jeszcze tego nieświadomy, napierał w szale, rozpoczął się niebezpieczny szturm.


Pele upadł, kibice niemal go stratowali, stracił koszulkę, buty, spodenki. Interweniował prywatny ochroniarz piłkarza Pedro Garay. Udało się zapobiec nieszczęściu, jednak i tak zawodnik musiał trafić do szpitala, bo doznał kontuzji kolana i skręcił kostkę. Pele nie ukrywał, że ta sytuacja nim wstrząsnęła.
Później dyrektor Cosmosu stwierdził, że fakt, iż Pele miał skulone nogi, a nie leżał sztywno, najpewniej sprawił, że rozhisteryzowani kibice mu ich nie połamali. W tym przypadku liczyło się to, by Pele mógł wrócić do pełni zdrowia i przepracował tamte zajścia także mentalnie. Cosmos postawił sprawę jasno. W kolejnych meczach nie mogło być już prowizorki. Koniecznością stały się wzmożone środki bezpieczeństwa i odpowiednia, liczna obstawa funkcjonariuszy policji. Po tamtym skandalu już nie było żartów…

Finansowe motywacje

Gdy w październiku 1974 rozstawał się z Santosem, to opuszczał klub w chwale, jako jeden z bohaterów, który zapisał się w historii złotymi zgłoskami. Tyle że choć zarabiał oczywiście dużo jak na warunki brazylijskie, to wokół niego kręciło się sporo wszelkiej maści krętaczy, którzy czyhali na okazję, by oszukać tak wspaniałą postać.


– Kolejny raz podpisałem coś, co powinienem od razu zignorować – napisał we wspomnieniach. A zatem twierdzenie, że wybrał amerykański kierunek, by zarazić tamtejsze społeczeństwo miłością do piłki, byłoby w pewnym stopniu podkoloryzowaniem tej historii. Chociaż warto nadmienić, że mógł spróbować swoich sił w Europie, gdyż znalazł się w kręgu zainteresowań możnych klubowego futbolu na Starym Kontynencie. Real Madryt, Juventus i AC Milan to potęgi, które miały na niego chrapkę.

Tajemnica lojalności

Co ciekawe, w wywiadzie dla TVP Sport Pele tłumaczył, dlaczego tak długo był wierny Santosowi:
.– Pieniądze nigdy nie były dla mnie najważniejsze. Nie grałem dla nich, nawet tu w Brazylii, gdy zaczynałem w Santosie. Poza tym tu byłem po prostu dobry. Drużyna rosła w siłę, w tym samym czasie co ja. Santos zaczął zdobywać trofea, wygrywać rozgrywki, a ja byłem częścią tego zespołu. […] Propozycji miałem bez liku – Real Madryt, FC Barcelona, Juventus, kluby z Meksyku – myślałem, że może chodzi o wyzwanie, jakąś zmianę, ale dochodziłem do wniosku, że tu w Santosie jest mi zwyczajnie dobrze i wydaje mi się, że podjąłem bardzo dobrą decyzję – powiedział w rozmowie z Jackiem Kurowskim w 2013 roku.
Trzeba mieć świadomość, że Santos był globalną marką w futbolu, ponieważ odbywał długie podróże po całym świecie, zwłaszcza w latach 50. i 60. XX wieku, gdy Pele reprezentował barwy tego klubu. Podczas tych tournee zespół rozgrywał wiele meczów poza Brazylią. Ci gracze dostarczali wiele rozrywki i artyzmu najwyższych lotów, Paweł Wilkowicz i Radosław Leniarski stwierdzili, że z Santosu w świat ruszali piłkarscy Harlem Globetrotters.

Co działo się na Karaibach?

W książce „Canarinhos. 11 wcieleń boga futbolu” czytamy, jak do tego doszło, że podczas jednej z eskapad brazylijskiej plejady gwiazd Pele dostał wystarczającą zachętę, by ruszyć na podbój Ameryki.
Gdy Santos grał na Jamajce, to Pelego odwiedzili Clive Toye, dyrektor techniczny Cosmosu, Phil Whoosnam, późniejszy szef północnoamerykańskiej ligi NASL, a także Kurt Lamm, sekretarz amerykańskiej federacji piłkarskiej. W rozmowie uczestniczył tłumacz, którym był profesor Julio Mazzei, trener z Santosu i przyjaciel piłkarza.


Pele był skonsternowany i w pewnym momencie powiedział stanowczo:
– Profesorze, proszę im przekazać, by dali sobie spokój. To chyba szaleństwo. Nie zamierzam grać w innej drużynie niż Santos.


Rzeczywiście, Pele okazał się „twardym zawodnikiem”, dopiero po trzech latach miał miejsce przełom w tej sprawie. Brazylijczyk rozgrywał pożegnalny mecz w ukochanej drużynie, a nieugięty Toye znowu zadzwonił z Nowego Jorku. Negocjacje trwały sześć miesięcy, Pele w końcu dał się przekonać. Zaakceptował propozycję firmy Warner Communications, czyli właściciela Cosmosu.

Spełnione marzenie Kissingera

O transfer Pelego do Cosmosu zabiegał jeden z najsłynniejszych dyplomatów w XX wieku, sekretarz stanu w administracji Richarda Nixona, uznawany za bardzo kontrowersyjną postać nieżyjący już Henry Kissinger.
Wówczas był prominentną postacią w światowej polityce i popierał w walce o stanowisko prezesa FIFA Joao Havelange’a. Zakładał, że Brazylijczyk kiedyś przyzna USA prawo organizacji mundialu. Tak się faktycznie stało, gdyż Amerykanie zorganizowali ów czempionat w 1994.

Mecz normalizujący stosunki amerykańsko-kubańskie

Dziesięć lat temu Cosmos pokonał w Hawanie reprezentację Kuby 4-1, a gościem honorowym był Pele. Gole dla zwycięzców, których liderem był przed laty nieoceniony napastnik Realu Madryt Raul Gonzalez, strzelili Lucky Mkosana (dwa trafienia), Sebastian Guenzatti i Hagop Chirisian, natomiast bramkę dla gospodarzy zdobył Andy Vaquero.


Wówczas ulewa nie pomagała uczestnikom tej rywalizacji, ale dodawała dramaturgii. Mecz rozpoczął 74-letni Pele. Hymny państwowe doczekały się oklasków. Mecz był niezwykły, ponieważ pierwszy raz od 1987 jakakolwiek amerykańska drużyna wystąpiła na Kubie. Tak długa przerwa była pokłosie zerwania stosunków dyplomatycznych między Waszyngtonem a Hawaną w 1961.


Jednak w okresie prezydentury Baracka Obamy te relacje trochę się poprawiły. Doszło do wznowienia stosunków dyplomatycznych USA z wyspą i ograniczenia restrykcji w podróżach oraz eksporcie. Kubańczycy, by pokazać dobrą wolę, uwolnili 53 więźniów politycznych. 11 marca 2015 ustanowiono też bezpośrednie połączenie telefoniczne między krajami.


Czy Pele sprawił, że Amerykanie pokochali piłkę nożną? Na pewno gdy grał w USA w latach 1975-1977, to stosunek miejscowych do soccera zmienił się istotnie. Później był mundial w 1994, a teraz Leo Messi w Interze Miami stara się, by kolejne pokolenie Jankesów połknęło futbolowego bakcyla.

Bartłomiej Najtkowski

Dodaj komentarz

Zacznij bloga na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑