Radomiak i Constantin Galca to dziś związek z przymusu, a nie z miłości. Felieton Bartka Jędrzejczaka

Gdyby jeszcze miesiąc temu ktoś, kto śledzi rozgrywki PKO BP Ekstraklasy, powiedział, że Radomiak Radom na półmetku rundy jesiennej będzie miał takie problemy jak dziś, to wielu mogłoby nie dać temu wiary. Klub, którego kadra została domknięta już na trzy tygodnie przed startem ligi, zakontraktował dość mocne i ciekawe nazwiska w skali Ekstraklasy. Praktycznie każda pozycja wydawała się dość solidnie obsadzona w postaci realnej alternatywy, a całość spinał doświadczony trener z międzynarodowym doświadczeniem, który w końcówce poprzedniego sezonu utrzymał ligowy byt dla Radomia, a zatem zdążył już trochę poznać specyfikę rozgrywek. Wydawało się zatem, że wszystkie te elementy zaczną ze sobą współgrać, ale na dziś Radomiakowi zdecydowanie bliżej do rozpaczliwej walki o utrzymanie, niż o pewne granie w środku tabeli lub jej górnych rejonach.

Kilka czynników sprawiło, że dziś kibice w Radomiu zmuszeni są do refleksji nad przygnębiającą serią meczów bez zwycięstwa, choć oczywiście mieli uzasadnione nadzieje i prawo do tego, by nie zaglądać w dolną połowę ligowej tabeli. Sam przecież należałem do tych, którzy widzieli Zielonych w innym miejscu, niż dziś. Nie można jednak stwierdzić, że w Radomiu miało miejsce jakieś nadmiernie pompowanie balonika. Biorąc pod uwagę rozmach na rynku transferowym, powrót po ośmiu latach na długo wyczekiwany stadion przy ul. Struga 63, pozytywny klimat panujący w mieście i blisko klubu, nie wziąłem pod uwagę, że to może nie wypalić.

Oczywiście zawsze jest ryzyko jakiegoś niepowodzenia w działaniu, ale im większy rozmach, tym głośniejsze echo jeśli coś nie wyjdzie. Nie chciałbym jednak też spisywać już tego sezonu na straty, doskonale znam nieobliczalność naszej ekstraklasowej młócki, ale w momencie, w którym to piszę, po prostu nie widzę już pewnych rzeczy. Nie widzę tego, by ten zespół pod wodzą Constantina Galcy mógł po prostu odpalić. Sam szkoleniowiec sprawia wrażenie zmęczonego tą robotą… zmęczonego i zrezygnowanego. Początkowy entuzjazm uleciał, poszedł w zapomnienie, zniknął jak kamfora.

Rumuński szkoleniowiec naturalnie napotkał coś, co dla każdego trenera jest prawdziwą solą w oku i obiektem wielu zmartwień. To naturalnie kontuzje piłkarzy, którzy gdy są tylko zdrowi, to mają pewny plac. Urazy Raphaela Rossiego, Mateusza Cichockiego, Lisandro Semedo i Roberto Alvesa obnażyły wiele mankamentów. Galca twierdzi, że kadra jest wąska, na konferencjach prasowych twierdzi, że do gry ma 13-14 piłkarzy. Śledząc od wielu lat losy Radomiaka, wiem jednak, że żaden trener nie miał takiego komfortu pracy, nie miał tak szerokiej kadry i zwyczajnie tak drogiej w utrzymaniu.

Po ostatnim meczu ligowym w Częstochowie nie rozumiem też wielu decyzji, bo o ile we wcześniejszych meczach wybór niektórych zawodników mnie zaskakiwał, to jednak sam tłumaczyłem sobie to jakimś poszukiwaniem wizji, koncepcji, czegoś autorskiego. Trudno mi jednak zrozumieć, dlaczego przy stanie 0:3, Radomiak nie wykorzystał możliwych pięciu zmian, a jedynie dwie. Zwłaszcza że na ławce rezerwowych siedzieli tego dnia dwaj piłkarze o statusie młodzieżowca. Czy wiedząc, że nic w tym meczu nie ugrasz, naprawdę nie powinieneś dać im kilku bezcennych minut, wiedząc, jakie klub ma problemy z młodzieżowcami? Czy narracja o tym, że nie chcesz w ten sposób spalić zawodnika, ma sens? Moim zdaniem nie ma. No bo jeśli wygrywasz, prowadzisz, masz w pewnym sensie kontrolę wyniku i chcesz go dowieźć, nie zamierzając na siłę zmieniać czegoś, co pewnie dobrze funkcjonuje, dając to prowadzenie, to bardziej jestem w stanie zrozumieć brak zmian. Nawet gdyby z Rakowem skończyło się na 0:5, 0:6, to nikt nie miałby za złe trenerowi tego, że wprowadził nowych graczy. Tak po prostu uważam.

Po samym meczu natomiast na pytanie o pomysł na wyjście z kryzysu rumuński trener stwierdził bez ogródek, że zarząd klubu nie wywiązał się z obietnic, że były inne ustalenia, że gdyby wiedział, że tak to będzie wyglądać, to nie zgodziłby się zostać na bieżącą kampanię rozgrywkową. Kluczowy, najważniejszy pracownik klubu de facto uderzył zatem publicznie w swoich pryncypałów, co mocno zdenerwowało prezesów. Widać zatem przez to, że na linii zarząd- trener nie ma chemii, nie ma tego niezbędnego flow. To zresztą nie pierwsza taka sytuacja, bo jeśli miałbym wskazać moment, w którym to wszystko się zaczęło psuć, to należałoby się cofnąć do sierpnia. Wówczas tuż przed meczem czwartej kolejki w Szczecinie z Pogonią, z góry poszło polecenie, że w bramce radomian ma zagrać Albert Posiadała, a nie dotychczasowa jedynka, czyli Filip Majchrowicz, który sportowo prezentował się bardzo solidnie. Skąd zatem ta zmiana? Otóż Posiadała to piłkarz o statusie młodzieżowca, a w Radomiu od lat stawia się na golkiperów, by wypełnić limit minut tego bezsensownego przepisu. Mam wrażenie, że to mocno zniechęciło trenera i od tego czasu można było zaobserwować już równię pochyłą. Nie chciałbym też deprecjonować umiejętności trenera Galcy, bo uważam, że to świetny fachowiec, z dużą wiedzą i doświadczeniem, ale w Radomiu to po prostu nie zagrało. Jeśli przegrywasz do tego mecz pucharowy z trzecioligowcem z Krakowa, to znaczy już bardzo wiele, bo oczywiście pucharowa niespodzianka może przytrafić się każdemu po drodze, ale jeśli widzisz, że coś dobrze funkcjonuje, to taki wypadek przy pracy jest jednak czymś, co nie powinno w dłuższej perspektywie podłamać projektu, który firmujesz.

Tutaj jednak nie widać na dziś powodów do nadmiernego optymizmu. Będę po prostu zaskoczony, jeśli Radomiak nagle odpali, choć nieobliczalność to drugie imię Ekstraklasy. Czy ta relacja jest do uratowania? Czas pokaże, ale moim zdaniem ta formuła się wyczerpała. Obie strony coraz mocniej się rozmijają i dziś jest to raczej związek z rozsądku, a nie z miłości. Nie jest bowiem tajemnicą, że zwolnienie trenera z finansowego punktu widzenia jest kompletnie nieopłacalne, gdyż kontrakt Galcy obowiązuje do czerwca przyszłego roku. Zmieniając dziś trenera, włodarze znad Mlecznej musieliby opłacać do tego czasu dwóch szkoleniowców na kontrakcie. Należałoby jednak zadać pytanie: co z perspektywy czasu byłoby korzystniejsze? Dalsze słabe wyniki i rozjeżdżanie w wizji drużyny, czy możliwy efekt nowej miotły w postaci młodego, ambitnego Polaka, dla którego praca w Radomiaku byłaby olbrzymią szansą i motywacją? Dawid Szwarga, Dawid Szulczek i Adrian Siemieniec udowadniają, że postawienie na nieoczywistą opcję w postaci szkoleniowca na dorobku to dobra i warta rozważenia droga.

Bartłomiej Jędrzejczak

Dodaj komentarz

Zacznij bloga na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑